Rozdział 2 (cz. 1)
Jak się znalazłem w
rekonstrukcyjnym świecie?
| Święto Pułkowe 20 PPZK, organizowane przez Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznej "Wrzesień 39" |
Za
oknem leje deszcz. Praca magisterska nie wiadomo dlaczego nie chce sama się
pisać. W domu jest Mama, która rozwiązuje swoje ulubione krzyżówki, raz po raz
zaglądając do telewizora, patrząc co się dzieje w świecie. Tata pisze kolejną
pracę naukową, lub poprawia egzaminy studentów. Pewnie ściągali, bo Tata nie
wydaje się być zbyt zadowolony.
Ciągle coś kreśli po kartkach i chyba coś mówi
sam do siebie. Siostra mieszka po za domem (na sąsiedniej parceli), a brat
rozkoszuje się popołudniową drzemką. Strony internetu przewertowane na
wszystkie możliwe sposoby. Można by było poczytać książkę, ale do tego też
trzeba odpowiedniego nastroju. Widok za oknem nie pomagał. Nuda, straszliwa
pożerająca nuda. Koniecznie trzeba coś wymyśleć by nie dać się zwariować. Chodzę
po pokoju, by znaleźć sobie jakieś dobre zajęcie i oto moim oczom ukazuje się
film „Katyń” reżyserii Andrzeja Wajdy. Oglądałem go w kinie ale w sumie nie
zaszkodzi oglądnąć jeszcze raz i zastanowić się nad martyrologią polskich
oficerów poległych w Miednoje, Kozielsku czy Katyniu. Przystąpiłem do
realizacji planu. Najpierw gorąca herbata, kolorowa kanapka składająca się z
wędliny, sera, pomidora i szczypiorku rzecz jasna. Za oknem paskudnie, więc
niech chociaż na talerzu będzie kolorowo i radośnie. Zestaw przygotowany, teraz
trzeba zając się samym filmem. Wsadziłem płytkę do odtwarzacza DVD i usiadłem
wygodnie. Film się zaczął. Półtorej godziny upłynęło błyskawicznie. Zawsze jest
mi bardzo szkoda tych ludzi którzy tam polegli, ich rodzin i bliskich. To
musiało być straszne, makabryczne przeżycie. Niewyobrażalne dla osób, które tej
tragedii nie doznały. Zginęli za Polskę i zawsze za to im jestem bardzo
wdzięczny, za tę wielką umiejętność ofiarowania siebie. Złożenia własnej osoby
na ołtarzu Ojczyzny. Oj wielkim trzeba być człowiekiem, by tę sztukę opanować. Szanuję
i podziwiam ich bardzo. Imponuje mi ich honor, odwaga, męstwo, heroiczna
postawa. Duże wrażenie robią na mnie też zewnętrzne aspekty tych wielkich
żołnierzy. Piękne, szlachetne twarze, postawni mężczyźni ubrani w dumnie wyglądające
mundury ozdobione Orłem Białym Wojska Polskiego. I te płaszcze. To wszystko
sprawiało, że robią oni na mnie wrażenie ludzi „Tytanów”, ludzi
nieśmiertelnych. Cudownych, godnych naśladowania. Tymi przemyśleniami i
emocjami postanowiłem podzielić się z moim starszym bratem Tomkiem. Zajrzałem
do jego pokoju i na szczęście już nie spał. O wszystkim mu opowiedziałem. O
bohaterach, o męstwie, o odwadze, o tej wielkiej tragedii i dramacie rodzin, o
mundurze i o tym, że marzę by taki mieć, ubrać i z dumą nosić. Brat cierpliwie
mnie wysłuchał i na koniec mojej tyrady rzekł zupełnie spokojnie i na luzie:
„to wpisz sobie w google- „grupa
rekonstrukcyjna, Kraków” i zapisz się do jakieś grupy, to może ci dadzą
albo powiedzą gdzie taki sobie zrobić”. Słowa mojego brata wydały mi się
wówczas przełomowe, odkrywcze. Po prostu olśnienie, błysk, geniuszu! Były dla
mnie oświeceniem i drogowskazem, którędy mam się teraz udać. Poszedłem za dobrą
radą Tomka i siadłem przy komputerze. Wpisałem frazę i od razu po przyciśnięciu
klawisza ENTER ukazało mi się na pierwszej pozycji Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznej „Wrzesień 39”. Wszedłem
na stronę i tam zacząłem czytać, czym jest stowarzyszenie, jakie ma wymagania, jaką
misję realizuje, co trzeba zrobić by stać się członkiem. To wszystko co przeczytałem bardzo mi się
spodobało. Stwierdziłem od razu, że to jest to. Właśnie to będzie moim nowym
zajęciem, tu rozpocznę nową przygodę. Lubię historię, studiuję historię, jestem
patriotą, to jest miejsce dla mnie. Na stronie internetowej wszedłem w zakładkę
kontakt. Było tam kilka osób. Jeden z członków był dowódcą „Sekcji
niemieckiej”. Pomyślałem sobie, no cóż ktoś Niemców musi też odtwarzać. Oprócz
gentelmena w niemieckim mundurze Wehrmachtu było jeszcze trzech innych w pięknych,
dumnie wyglądających polskich mundurach. Do jednego z nich napisałem wiadomość.
W jej treści napisałem, że bardzo mi się podoba idea stowarzyszeniowa i pragnę
przystąpić w szeregi SRH. Długo nie otrzymywałem odpowiedzi. Myślałem, że może
stowarzyszenie już nie funkcjonuje, a pozostała jeszcze po nich strona
internetowa. Na szczęście się myliłem. Po kilku, może kilkunastu dniach
otrzymałem wiadomość. W niej był numer telefonu do człowieka, z którym miałem
się skontaktować. Ów jegomość nazywał się Jacek Andrzejczak. Jak tylko
przeczytałem wiadomość, w której był zawarty numer telefonu, wpisałem podany
numer i wybrałem zieloną słuchawkę na komórce. Czekałem na połączenie. Nie
ukrywam, że byłem bardzo przejęty. Czułem zbliżającą się przygodę. Zastanawiałem
się co powiedzieć, od czego zacząć. Byłem pewien, że najpierw się przedstawię,
tak mnie rodzice wychowali, nauczyli i chwała im za to. No dobrze ale po
kulturalnym przedstawieniu się co dalej, czy mam zapytać o jakieś spotkanie,
czy zadeklarować chęć członkostwa. Czasu na myślenie nie było, ponieważ w
słuchawce mojego telefonu komórkowego usłyszałem sympatyczny głos Pana
Andrzejczaka. Rozmowa była typowo męska, krótka, treściwa, konkretna i na
temat. Umówiliśmy się na godzinę 18 w restauracji „Chata” na ulicy
Krowoderskiej. Dziś już nie pamiętam dokładnej daty ale pamiętam na pewno, że
był to grudzień, a członkowie stowarzyszenia obchodzili stowarzyszeniową
wigilię. Przyjechałem na umówioną porę i miejsce. Wszedłem do środka. Czułem
się zupełnie jakbym wchodził na jeden z egzaminów na studiach. Byłem przejęty
i pełen nadziei zarazem. W lokalu siedziało pełno gości, przy jednym ze stolików siedziała zakochana para, szeptali sobie coś
czule do ucha i nie zwracali uwagi na cały świat. Zupełnie jakby w lokalu byli
sami. Skupieni tylko na sobie. W rogu restauracji była grupa ludzi ale intuicja
mówiła mi, że to nie rekonstruktorzy, po za tym było za dużo dziewczyn. Trudno,
żeby było ich dużo w stowarzyszeniu, które odtwarza polskich żołnierzy z Kampanii
Wrześniowej. Jednak jest to typowo męskie hobby, choć kobiet nie brakuje. Poszedłem
więc dalej, do kolejnych pomieszczeń. Przed moimi oczyma pojawił się wesoły
stolik, gdzie stało kilka szklanek piwa i coli, talerze z jedzeniem i człowiek
z laptopem, który coś notował. Przy stoliku byli właściwie sami mężczyźni, choć
nie tylko, były jeszcze dwie dziewczyny. Jak się później okazało były to
stowarzyszeniowe sanitariuszki. Wśród wesołej grupki młodych ludzi był też człowiek
znajomy z fotografii, którą widziałem na stronie internetowej. Był to Jacek
Andrzejczak. Przywitał mnie serdecznie, a następnie przedstawił reszcie grupy,
zrobił to w tak luźny, swobodny i naturalny sposób, że przez chwilę sam
myślałem, że znam go od lat.CDN...
Komentarze
Prześlij komentarz