Przejdź do głównej zawartości

Strażnicy Pamięci (7) - z pamiętnika rekonstruktora


Rozdział 4
Bitwy które przeżyłem, na których byłem ranny i na których… zginąłem.

Fot. Marta Kwaterska
Niewątpliwie najprzyjemniejszą częścią rekonstruktorskiego życia jest bitwa. A właściwie jej rekonstrukcja lub inscenizacja. Czym się różni jedno od drugiego? Rekonstrukcja to odtworzenie bitwy (mówimy tu o rekonstrukcji wrześniowej), która rzeczywiście miała miejsce. Odtworzenie wydarzeń i przebiegu bitwy, według historycznych faktów.
Inscenizacja to wymyślona scena, która ma przedstawiać jakieś wydarzenia zazwyczaj fikcyjne z danego okresu. W naszym przypadku zazwyczaj jest to II Wojna Światowa. Każdy rekonstruktor wyczekuje tego dnia z niecierpliwością. Są to wielkie emocje, przeżycia, ale i też wspaniała zabawa. Co najważniejsze też mająca na celu aspekty wychowawcze i edukacyjne. Jak to się mówi: „przyjemne z pożytecznym”. W swojej rekonstruktorskiej karierze przeżyłem kilkanaście bitew. Były to wielkie bitwy, przy których włos na głowie się jeżył ale i też małe potyczki. Były to wydarzenia, które przyciągały na widownie nawet około 10000 ludzi. Publiczność nieraz bardziej dopisywała niż na stadionach piłkarskich Ekstraklasy.  Były też i małe potyczki, gdzie publika sięgała liczby rzędu 80 do 100 osób. Ale i wtedy było warto!!! Tytuł na pewno państwa zadziwił. Co miałem na myśli pisząc taki tytuł? Otóż bitwy, które przeżyłem to te na których mogłem wcielić się w rolę zwycięzcy, lub jeńca ale ostatecznie wojnę przeżyłem. Na tych, na których byłem ranny, odgrywałem rolę ciężko rannego, często potykającego się, znoszonego z pola bitwy przez kolegów. Na tych których zginąłem, wcielałem się w rolę żołnierza, który niestety poległ na polu chwały. Jednak każda z tych ról była zaszczytna i cieszę się, że było dane mi je zagrać. Po raz pierwszy wyjść na pole rekonstrukcyjne miałem przyjemność w roku 2011. Były to Wyry gdzie odbyła się słynna bitwa wyrska, którą Wojsko Polskie wygrało. Niestety musieli opuścić pole zwycięstwa, odejść i udać się gdzie indziej by ratować kolegów, których linia obrony została przerwana. Prawdziwi żołnierze po prawdziwej zwycięskiej bitwie nieraz schodzili ze łzami w oczach. W maju 2011 roku ja miałem przyjemność wraz z przyjaciółmi i innymi rekonstruktorami odtwarzać bitwę wyrską.

Pierwsza bitwa mojego życia – Wyry
Jako członek SRH Wrzesień 39 mam obowiązek przeglądać nasze forum, by wiedzieć jakie imprezy są przygotowywane, czy są planowane jakieś ćwiczenia, czy nasza grupa bierze udział w jakimś wydarzeniu. Kiedy pewnego dnia przeglądałem nasze forum, pojawił się post poruszający temat bitwy wyrskiej. Krótkie streszczenie: gdzie,  po co, jak i o której oraz z kim. Każdy miał obowiązek napisać w poście „obecny” lub „nieobecny”. Pierwsze określnie było po to, by zdeklarować swą obecność. Przesłana lista do twórców wydarzenia była dla nich bardzo pomocna. W ten sposób organizatorzy mogli poznać stan liczbowy rekonstruktorów. Świeżo utworzony temat szybko zaczął się zapełniać deklaracjami o obecności. Zebrała się nas spora grupa, która potrzebowała trzech aut, by wszyscy mogli się udać na rekopotyczkę. Mimo, że każdy musiał sam sobie pokryć z własnej kieszeni koszty przejazdu i posiłku, chętnych nie brakowało. Mijały dni i tygodnie, dzień wyjazdu zbliżał się coraz większymi krokami. W dzień przed tym wielkim dla mnie wydarzeniem, trochę się denerwowałem. Cały czas prześladowały mnie myśli: żebym niczego nie zepsuł, żebym nie spalił scenariusza, żebym nie wdepnął w środki pirotechniczne, żebym pamiętał jakie są zasady na polu rekonstrukcji i tak dalej i tak dalej. Nie spodziewałem się wcześniej, że rekonstrukcja może wzbudzić tyle emocji i powodować takie podniecenie.
W sobotę rano obudziłem się sam, nie potrzebowałem pomocy budzika. Wstałem szybko zabrałem plecak i torbę z rzeczami na rekonstrukcję i ruszyłem w drogę. Najpierw na pociąg, którym dojechałem do dworca Głównego. Już ten odcinek drogi był dla mnie jak wrześniowy marsz. Uginając się pod ciężarem „szpejów” rekonstrukcyjnych, twardo zmierzałem do celu, musiałem się śpieszyć by się nie spóźnić. Na miejsce dotarłem punktualnie. Miejscem koncentracji rekonstrukcyjnych wojsk SRH Wrzesień 39 był parking koło dawnej Almy, niedaleko ulicy Pilotów w Krakowie. Zebrała się nas tam nie mała grupa i przeszliśmy do rozlokowywania żołnierzy rekonstruktorów do odpowiednich aut. Ja trafiłem do pięknego srebrnego Opla Astry, którego właścicielem był i z tego co mi wiadomo nadal jest- Grzegorz Jurkiewicz. W naszym aucie był jeszcze Paweł Kulka. Od tamtej pory  zazwyczaj jeździliśmy w tym samym składzie. Czasem on się zmieniał ale przeważnie to nasze trio trzymało się razem. Dojazd do Wyr, które są na Śląsku niedaleko Tychów, zajął nam około półtorej godziny. Gdy już byliśmy na miejscu, zaparkowaliśmy pojazdy, następnie wyszliśmy z samochodów i udaliśmy się na małe rozeznanie w terenie. Na zwiadzie wypatrzyliśmy gdzie można zjeść duże, dobrze wypieczone kiełbaski, zorientowaliśmy się jakie są grupy rekonstrukcyjne, zwiedziliśmy schrony, które są niedaleko miejsca batalii. W ich wnętrzach można znaleźć wąskie korytarze, w pomieszczeniach gabloty, w których wyeksponowano stare bagnety, granaty, fotografie. Po szybkim rozpoznaniu, wróciliśmy do naszych automobili i zaczęliśmy się przebierać w mundury. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że bieganie w takim sukiennym mundurze w ciepłe dni (nie wspomnę o upałach) to naprawdę wielkie poświęcenie i dowód na to, że człowiek robi to z pasji. Ubraliśmy bluzy mundurowe, spodnie, zawiązaliśmy owijki, ubraliśmy hełmy, torby na maskę, chlebaki, do pasa przypięliśmy saperki i bagnety, na ramię zarzuciliśmy karabiny. Owych rzeczy było jeszcze więcej, państwu wymieniłem te najważniejsze, by zobrazować Wam ile musiał dźwigać polski żołnierz, obrońca granic i ile musi dźwigać rekonstruktor by publiczność mogła zapoznać się z historią września 39 roku. Kiedy byliśmy gotowi usłyszeliśmy sygnał by przygotować się do wymarszu. Padła komenda: „W dwuszeregu, frontem do mnie, zbiórka”. Wszyscy błyskawicznie się ustawili i wymaszerowaliśmy na pole bitwy. Stały tam już inne grupy rekonstrukcyjne. Po jednej stronie Niemcy, po drugiej stronie Polacy. 

CDN.

Komentarze

Obserwatorzy

Popularne posty z tego bloga

Z TikToka do podręcznika. Moje sposoby na lekcje, które wygrywają z ekranem smartfona.

         W dzisiejszych czasach przeprowadzenie lekcji jest nie lada wyzwaniem. Młodzież potrzebuje silnych bodźców i dynamiki. Spędzając dużo czasu przed ekranem, oglądając szybkie, krótkie rolki na TikToku czy Instagramie, uczniowie szybko się nudzą, a praca z podręcznikiem staje się coraz mniej efektywna. By wyjść naprzeciw ich potrzebom, trzeba wykazać się dużą pomysłowością, aby uatrakcyjnić zajęcia. Chciałbym podzielić się z Wami moimi sposobami na to, by lekcja stała się ciekawsza.      Prezentowane metody wykorzystuję na historii w klasach 4–8. Pierwszą z nich są „laptopy historyczne”. To nazwa robocza, ale doskonale oddaje sedno zadania. Uczniowie bardzo je lubią i nieraz zaskoczyli mnie swoją inwencją. Praca wygląda następująco: uczniowie łączą się w 3-, 4- lub 5-osobowe grupy. Tworzą one tzw. redakcje i budują własny komputer. Za obudowę służy przyniesiona przez nich tekturowa teczka, do której ja dołączam wydrukowaną klawiaturę. Wierzc...

Zapomniane kurhany w Jawczycach

     Jadąc z Krakowa w stronę Gdowa, mijamy miejscowość Jawczyce, która skrywa tajemnicę zapomnianych kurhanów. Czym one są? To mogiły w formie ziemnych kopców. Na terenie Polski budowano je od neolitu, aż po czasy słowiańskie i wczesne średniowiecze. Wielokrotnie przejeżdżałem przez tę wieś, widząc tabliczkę wskazującą drogę do tego magicznego miejsca. Nigdy jednak nie skusiłem się, by poznać ich tajemnicę... aż do teraz.      Piękna pogoda na polu, siedzę w ogrodzie i wygrzewam się w słońcu, pijąc mrożoną lemoniadę przygotowaną przez żonę. Po półgodzinie uznałem, że czas się ruszyć. Idealnym pomysłem wydała się przejażdżka rowerowa. Wtedy przypomniałem sobie o Jawczycach. Wsiadłem na rower i ruszyłem w drogę – z Wieliczki jechałem około 30 minut. Obawiałem się, czy trafię do celu, bo miejsce leży na uboczu, w lesie, ale moje obawy okazały się bezpodstawne. Przemierzałem las, aż moim oczom ukazały się niewielkie wzgórki. Dzięki wcześniejszej lekturze domy...

Historia na polskich banknotach - 10 zł

     Jestem z pokolenia, w którym posługiwanie się gotówką było czymś normalnym, a właściwie stanowiło jedyną opcję płatności. Dziś spora część osób płaci za zakupy czy rachunek w restauracji „plastikiem”, czyli kartą płatniczą, przykładamy telefon albo korzystamy z popularnego polskiego wynalazku, jakim jest Blik. Są to sposoby dużo prostsze i zwiększające nasze bezpieczeństwo.      Karty bankomatowe są dziś zdobione ciekawymi motywami oraz logotypami banków, które je wydały. Na gotówce natomiast możemy dostrzec fascynujące elementy związane z historią. Przede wszystkim na każdym banknocie widnieją wybitni polscy władcy. Celowo użyłem słowa „władcy”, ponieważ wszyscy wiemy, że na najniższym nominale (10 zł) widnieje Mieszko I, który był pierwszym historycznym przywódcą, a nie królem Polski. Na każdym kolejnym nominale znajduje się już wizerunek króla. Nie są to przypadkowe postacie, lecz monarchowie, którzy wybitnie przyczynili się do rozwoju ekonomicznego...

Łączna liczba wyświetleń