Rozdział 4
Bitwy które przeżyłem,
na których byłem ranny i na których… zginąłem.
![]() |
| Fot. Marta Kwaterska |
Inscenizacja to wymyślona scena, która ma przedstawiać jakieś wydarzenia zazwyczaj fikcyjne z danego okresu. W naszym przypadku zazwyczaj jest to II Wojna Światowa. Każdy rekonstruktor wyczekuje tego dnia z niecierpliwością. Są to wielkie emocje, przeżycia, ale i też wspaniała zabawa. Co najważniejsze też mająca na celu aspekty wychowawcze i edukacyjne. Jak to się mówi: „przyjemne z pożytecznym”. W swojej rekonstruktorskiej karierze przeżyłem kilkanaście bitew. Były to wielkie bitwy, przy których włos na głowie się jeżył ale i też małe potyczki. Były to wydarzenia, które przyciągały na widownie nawet około 10000 ludzi. Publiczność nieraz bardziej dopisywała niż na stadionach piłkarskich Ekstraklasy. Były też i małe potyczki, gdzie publika sięgała liczby rzędu 80 do 100 osób. Ale i wtedy było warto!!! Tytuł na pewno państwa zadziwił. Co miałem na myśli pisząc taki tytuł? Otóż bitwy, które przeżyłem to te na których mogłem wcielić się w rolę zwycięzcy, lub jeńca ale ostatecznie wojnę przeżyłem. Na tych, na których byłem ranny, odgrywałem rolę ciężko rannego, często potykającego się, znoszonego z pola bitwy przez kolegów. Na tych których zginąłem, wcielałem się w rolę żołnierza, który niestety poległ na polu chwały. Jednak każda z tych ról była zaszczytna i cieszę się, że było dane mi je zagrać. Po raz pierwszy wyjść na pole rekonstrukcyjne miałem przyjemność w roku 2011. Były to Wyry gdzie odbyła się słynna bitwa wyrska, którą Wojsko Polskie wygrało. Niestety musieli opuścić pole zwycięstwa, odejść i udać się gdzie indziej by ratować kolegów, których linia obrony została przerwana. Prawdziwi żołnierze po prawdziwej zwycięskiej bitwie nieraz schodzili ze łzami w oczach. W maju 2011 roku ja miałem przyjemność wraz z przyjaciółmi i innymi rekonstruktorami odtwarzać bitwę wyrską.
Pierwsza bitwa mojego życia – Wyry
Jako
członek SRH Wrzesień 39 mam obowiązek przeglądać nasze forum, by wiedzieć jakie
imprezy są przygotowywane, czy są planowane jakieś ćwiczenia, czy nasza grupa
bierze udział w jakimś wydarzeniu. Kiedy pewnego dnia przeglądałem nasze forum,
pojawił się post poruszający temat bitwy wyrskiej. Krótkie streszczenie: gdzie,
po co, jak i o której oraz z kim. Każdy
miał obowiązek napisać w poście „obecny” lub „nieobecny”. Pierwsze określnie
było po to, by zdeklarować swą obecność. Przesłana lista do twórców wydarzenia
była dla nich bardzo pomocna. W ten sposób organizatorzy mogli poznać stan
liczbowy rekonstruktorów. Świeżo utworzony temat szybko zaczął się zapełniać
deklaracjami o obecności. Zebrała się nas spora grupa, która potrzebowała
trzech aut, by wszyscy mogli się udać na rekopotyczkę. Mimo, że każdy musiał
sam sobie pokryć z własnej kieszeni koszty przejazdu i posiłku, chętnych nie
brakowało. Mijały dni i tygodnie, dzień wyjazdu zbliżał się coraz większymi
krokami. W dzień przed tym wielkim dla mnie wydarzeniem, trochę się
denerwowałem. Cały czas prześladowały mnie myśli: żebym niczego nie zepsuł,
żebym nie spalił scenariusza, żebym nie wdepnął w środki pirotechniczne, żebym
pamiętał jakie są zasady na polu rekonstrukcji i tak dalej i tak dalej. Nie
spodziewałem się wcześniej, że rekonstrukcja może wzbudzić tyle emocji i
powodować takie podniecenie.
W
sobotę rano obudziłem się sam, nie potrzebowałem pomocy budzika. Wstałem szybko
zabrałem plecak i torbę z rzeczami na rekonstrukcję i ruszyłem w drogę.
Najpierw na pociąg, którym dojechałem do dworca Głównego. Już ten odcinek drogi
był dla mnie jak wrześniowy marsz. Uginając się pod ciężarem „szpejów”
rekonstrukcyjnych, twardo zmierzałem do celu, musiałem się śpieszyć by się nie
spóźnić. Na miejsce dotarłem punktualnie. Miejscem koncentracji
rekonstrukcyjnych wojsk SRH Wrzesień 39 był parking koło dawnej Almy, niedaleko
ulicy Pilotów w Krakowie. Zebrała się nas tam nie mała grupa i przeszliśmy do
rozlokowywania żołnierzy rekonstruktorów do odpowiednich aut. Ja trafiłem do
pięknego srebrnego Opla Astry, którego właścicielem był i z tego co mi wiadomo
nadal jest- Grzegorz Jurkiewicz. W naszym aucie był jeszcze Paweł Kulka. Od
tamtej pory zazwyczaj jeździliśmy w tym
samym składzie. Czasem on się zmieniał ale przeważnie to nasze trio trzymało
się razem. Dojazd do Wyr, które są na Śląsku niedaleko Tychów, zajął nam około
półtorej godziny. Gdy już byliśmy na miejscu, zaparkowaliśmy pojazdy, następnie
wyszliśmy z samochodów i udaliśmy się na małe rozeznanie w terenie. Na zwiadzie
wypatrzyliśmy gdzie można zjeść duże, dobrze wypieczone kiełbaski,
zorientowaliśmy się jakie są grupy rekonstrukcyjne, zwiedziliśmy schrony, które
są niedaleko miejsca batalii. W ich wnętrzach można znaleźć wąskie korytarze, w
pomieszczeniach gabloty, w których wyeksponowano stare bagnety, granaty,
fotografie. Po szybkim rozpoznaniu, wróciliśmy do naszych automobili i
zaczęliśmy się przebierać w mundury. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że bieganie
w takim sukiennym mundurze w ciepłe dni (nie wspomnę o upałach) to naprawdę
wielkie poświęcenie i dowód na to, że człowiek robi to z pasji. Ubraliśmy bluzy
mundurowe, spodnie, zawiązaliśmy owijki, ubraliśmy hełmy, torby na maskę, chlebaki,
do pasa przypięliśmy saperki i bagnety, na ramię zarzuciliśmy karabiny. Owych
rzeczy było jeszcze więcej, państwu wymieniłem te najważniejsze, by zobrazować
Wam ile musiał dźwigać polski żołnierz, obrońca granic i ile musi dźwigać
rekonstruktor by publiczność mogła zapoznać się z historią września 39 roku.
Kiedy byliśmy gotowi usłyszeliśmy sygnał by przygotować się do wymarszu. Padła
komenda: „W dwuszeregu, frontem do mnie, zbiórka”. Wszyscy błyskawicznie się
ustawili i wymaszerowaliśmy na pole bitwy. Stały tam już inne grupy
rekonstrukcyjne. Po jednej stronie Niemcy, po drugiej stronie Polacy. CDN.

Komentarze
Prześlij komentarz