Rozdział 4 (cz. 2)
Bitwy które przeżyłem, na których byłem ranny i na których… zginąłem.
Był to
moment kiedy rekonstruktorzy omawiają scenariusz widowiska, kto ma skąd
„uderzyć”, gdzie nie wolno wbiegać, bo jest to pole pirotechniczne, po ilu
wybuchach wjedzie czołg, który rozbije niemiecką lewą flankę i tak dalej, i tak
dalej. Kiedy cały scenariusz został omówiony, wszyscy wrócili na swoje miejsca.
W cieniu, który w taką pogodę była dla rekonstruktorów najlepszym przyjacielem
i sprzymierzeńcem, piliśmy wodę i rozmawialiśmy. Ja przeżywałem pierwszą
rekonstrukcję. Lęk i stres mnie nie opuszczały. W pewnym momencie przyszedł
czas na rozdanie prawdziwych karabinów, czyli moment w którym ustala się kto
jaką broń dostanie, kto będzie do jakiej broni przydzielony. Część z naszych
kolegów dostała przydział do armaty Bofors[1]. Inni
dostali prawdziwe niemieckie karabiny Mauser lub rosyjskie Mosiny. Trzeba przyznać,
że te drugie były mniej zawodne, rzadko się przycinały i są proste w obsłudze. Mnie
na pierwszej bitwie trafił się granatnik. Było to duże zaskoczenie, ponieważ
debiutanci zazwyczaj zaczynają jako noszowi, znosząc „rannych” z pola. Przydział
do granatnika troszkę mnie wystraszył. Oczywiście nie wrzucałem tam prawdziwych
granatów, a zwykłe petardy. O poparzenia jednak nie było trudno. Zdarzało się, że „pociski” nie wybuchały i trzeba było reagować. Rura granatnika była rozgrzana, a emocje i wojenny chaos zmuszały do szybkich decyzji nie zawsze do końca przemyślanych. Złapana rura mogła solidnie poparzyć. Mnie na szczęście na pierwszej bitwie poszło bardzo dobrze i skończyło się tylko na drobnych poparzeniach palców. Bitwę przeżyłem. Pierwsza batalia i pierwsze zwycięstwo! Niestety w historii Kampanii Wrześniowej nie było ich dużo.
Zaraz po otrzymaniu broni i przydzieleniu stanowiska przy armatach, moździerzach, ckm-ach i granatnikach, po raz kolejny usłyszeliśmy: „w dwuszeregu frontem do mnie zbiórka”. Była to już ostatnia zbiórka przed wybuchem bitwy. Udaliśmy się do lasu gdzie „stacjonowały” nasze wojska. Był tam cień, więc od razu wszystkim zrobiło się lepiej.
W jednym miejscu znaleźli się rekonstruktorzy z różnych grup. Faktycznie gdyby skoncentrować nas wszystkich w jednym miejscu stworzylibyśmy kompanię. Pierwsi żołnierze byli już na polu bitwy, nam na razie pozostało oglądać walki z lasu. Było słychać wybuchy, strzały, krzyki. Gdyby zamknąć oczy albo nawet spojrzeć w niebo by nie widzieć to co współczesne (kable łączące głośniki, barierki oddzielające publiczność od widowiska), człowiek cofał się w czasie do roku 1939. Miało się wrażenie, jakby to się działo naprawdę. Koledzy rekonstruktorzy dzielnie bili się z niemieckim wrogiem. Najpierw nastąpiło pierwsze natarcie, zaatakowali nasi żołnierze, wybiegli z lasu i było słychać strzały z karabinów, wybuchy pirotechniki. Potem nastąpiło drugie natarcie, które przypadło nam i pozostałym kolegom. Najpierw wciągnęliśmy na pole bitwy Boforsa szwedzką armatę przeciwpancerną na polskiej licencji. W czwórkę koledzy musieli ją wtoczyć na pobojowisko. Nie było to łatwe zadanie, ponieważ wspomniany Bofors waży około 300 kg. Do tego podłoże pełne dziur, kolein i kretowisk nie ułatwiało zadania. Ja niestety nie mogłem pomóc kolegom. Po pierwsze byłem zbyt przejęty tym co się wokół mnie działo (latające skrawki ziemi, wybuchy, sypiący się piach w oczy). Po drugie pilnowałem się mocno by nie zepsuć ustalonego scenariusza i nie wbiec w pole pirotechniczne.
CDN
[1] Polska
armata przeciw pancerna produkowana na szwedzkiej licencji. W czasie drugiej
Wojny Światowej, była to jedna z najlepszych broni na świecie w swojej
kategorii.
Komentarze
Prześlij komentarz