Rozdział 4 (cz. 3)
Bitwy które przeżyłem,
na których byłem ranny i na których… zginąłem.
Po trzecie
miałem granatnik, którego obsługiwałem z drugim kolegą. Kiedy dotarliśmy
do stanowisk bojowych ułożyliśmy naszą broń. Wbiliśmy jej ogon w ziemię i przystąpiliśmy
do ostrzału Wehrmachtu. Kolega próbował przekrzyczeć wybuchy, strzały Boforsa, strzały z karabinów oraz wrzawę płynącą z publiczności, podawał mi namiary, gdzie mam strzelać.
To oczywiście była nasza gra. My jako aktorzy, pole
rekonstrukcji jako deski teatru. Czym byłaby rekonstrukcja gdyby nie doskonała,
niejednokrotnie Oskarowa wręcz gra aktorska rekonstruktorów. Pamiętam, że w
czasie bitwy było gorąco po 15 minutach ostrzału byłem cały mokry, pot lał mi
się po plecach, z pod hełmu lały się słone krople. Nagle usłyszeliśmy ryk
naszego dowódcy: „ODWRÓT, NATYCHMIAST ODWÓRT!!!” Kolega złapał mnie za ramię,
ja zdążyłem tylko porwać granatnik i w nogi. Takie krzyki naprawdę podnosiły
poziom adrenaliny i pomagały poczuć choć odrobinę, ten gorzki smak tamtych dni.
Oczywiście to była tylko szczypta smaku ale doprawić tę gorycz mogły jeszcze
sceny, które my widzieliśmy na rekonstrukcji, a prawdziwi żołnierze w czasie
bitwy. Jedną z takich scenek widziałem w czasie odwrotu. Za unoszącym się w
powietrzu pyłem stał Bofors, obok niego leżeli „martwi” żołnierze. Jeden leżał
na siedzeniach Boforsa, dwóch pozostałych po bokach, jeden kawałek dalej z
tyłu, możliwe że próbował się już wycofywać, niestety dosięgły go kule. Wśród „poległych”
żołnierzy był mój kolega, rekonstrukcyjny przyjaciel, Grzesio Jurkiewicz. Wtedy
przez głowę przeszła mi myśl: „Tak musiało być naprawdę, jedni musieli się
wycofywać, inni jeszcze walczyli ubezpieczając kolegów, a jeszcze inni leżeli
już martwi polegli na polu chwały. Ilu przyjaciół widziało się ostatni raz na
polu bitwy gdzie swoje żniwo zbierała potem śmierć.” Udało się nam wycofać do
lasu. Tam w cieniu, z manierek piliśmy wodę. Jak ktoś już przyłożył manierkę do
ust to nie mógł już się od niej oderwać. Wszyscy byli bardzo zdyszani i
spragnieni. Dynamika rekonstrukcji była bardzo duża, co cieszyło publiczność i
rekonstruktorów widzących zadowolenie przybyłych ludzi. Po uzupełnieniu płynów,
schłodzeniu organizmu, co potrwało jakieś może 5 do 7 minut usłyszeliśmy krzyk
dowódcy: „Szykować się do drugiego natarcia, uderzamy za minutę!!!”. Wszyscy błyskawicznie
pochowali manierki, złapali karabiny w dłoń, bądź zarzucili granatniki na
plecy. Minuta minęła. Ruszyliśmy w bój. Wpadliśmy z wielkim impetem w
rekonstruktorskie pole bitewne. Podobnie jak przy pierwszym natarciu. Przy
osłonie kolegi, który prażył z mausera do niemieckich rekonstruktorów ustawiłem
granatnik, następnie sam przystąpiłem do ostrzału. Koło nas pobiegła spora
grupa polskiego oddziału. Po 10 minutowej wymianie ognia, doszło miejscami do
walki wręcz. Ja sam już zaprzestałem ognia i obserwowałem sytuację. Nagle
zobaczyłem kilku Niemców zbliżających się w naszą stronę. Ucieszyłem się bardzo
bo rekonstruktorzy z niemiecką wroną na hełmach szli ku nam z podniesionymi
rękami do góry. Wygraliśmy !!! Niemcy zostali rozbici i pokonani, radości dodawał
fakt, że tak też było w prawdziwej bitwie stoczonej blisko 70 lat temu. Niemcy
zostali posadzeni w polu, Polacy sprawdzali kto żyje, kto jest ranny, a kto
poległ. W pewnym momencie dochodzi do masowego zmartwychwstania. Wszyscy
rekonstruktorzy, i ci Polscy i ci Niemieccy wstają i kłaniają się publiczności,
ściskają sobie dłonie w podzięce za udane widowisko. U wszystkich maluje się
uśmiech na twarzach. Rekonstrukcja dobiega końca. Pragnienie i zmęczenie
ustępuje satysfakcji i dumie z odbytej pierwszej rekonstrukcji. Rekonstruktorzy
zbierają się dwójkami i robią rundkę wokół zebranej kilku tysięcznej
publiczności. Ta bije brawa, z tłumu można usłyszeć: „jesteście wielcy”, „brawo
Wojsko Polskie”, „brawo chłopaki” „dziękujemy”. Łza do oczu się ciśnie. Miło
jest patrzeć na taki patriotyczny i wdzięczny tłum. Po rekonstrukcji
przebraliśmy się i ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Tej nocy spałem na
pewno długo i głęboko.do stanowisk bojowych ułożyliśmy naszą broń. Wbiliśmy jej ogon w ziemię i przystąpiliśmy
do ostrzału Wehrmachtu. Kolega próbował przekrzyczeć wybuchy, strzały Boforsa, strzały z karabinów oraz wrzawę płynącą z publiczności, podawał mi namiary, gdzie mam strzelać.
Krótki rys historyczny:
Bitwa
wyrska została stoczona w dniach 1 do 3 września 1939 roku. Odbyła się w pobliżu
miejscowości Mikołów, niedaleko Gostynia i Wyr. Naprzeciw siebie stanęły siły
Wehrmachtu (28 Dywizja Piechoty) i Wojska Polskiego (Grupa Operacyjna „Śląsk” i
55 Rezerwowa Dywizja Piechoty). Wojskami niemieckimi dowodził Erwin Koch zaś
obrońcami granic Rzeczpospolitej Jan Jagmin- Sadowski. Według różnych źródeł w
bitwie wyrskiej po obu stronach mogło brać udział kilkanaście tysięcy żołnierzy
i była to największa bitwa kampanii wrześniowej na śląsku. Ta wielka batalia
została wygrana przez Polaków. Niestety zwycięzcy żołnierze musieli opuścić
pole bitwy by wspierać inne polskie oddziały, które przegrywały na froncie na
północy i południu kraju. Jak możemy się dowiedzieć z niektórych relacji,
Polacy opuszczając miejsce bitwy płakali. Nie ma co się dziwić. Bitwę wygrali,
a musieli opuścić obronioną, kosztem niejednego życia ziemię. Swoje wspomnienia
z walk pod Gostyniem, Mikołowem i Wyrami (była to właściwie jedna bitwa) spisał
i wydał niemiecki żołnierz Werner Flack. Niestety nie widziałem tej książki przetłumaczonej
na język polski.
Komentarze
Prześlij komentarz