Rozdział 4
Bitwy które przeżyłem,
na których byłem ranny i na których… zginąłem.
 |
| Fot. Marta Kwaterska |
Legenda wśród rekonstruktorów – Tomaszów Lubelski po raz drugi.
Kalendarz rekonstruktorski zatoczył
koło. Znów zbliżała się kartka w kalendarzu podpisana „Bitwa w Tomaszowie
Lubelskim”. Po poprzedniej rekonstrukcji, pozostały u mnie wspomnienia pełne
entuzjazmu i niezwykłych wrażeń ale i też nuty zawodu i niedosytu. Mało kto się
wybierał na tę imprezę odległą od Krakowa, gdzie większość z nas mieszka.
Koledzy z garnizonu lubelskiego prosili abyśmy przyjechali, ponieważ potrzebowali
naszego wsparcia. Rzecz oczywista- im więcej rekonstruktorów tym lepiej. Dzień
bitwy się zbliżał, a na forum brakowało chętnych. Z kolegą strzelcem Pawłem Kulką
i koleżanką sanitariuszką Martą Kwaterską postanowiliśmy, że wybierzemy się we
troje, by wspomóc kolegów z Lublina. Było to dla nas pewnego rodzaju
poświęcenie, ponieważ musieliśmy wyruszyć z samego rana (koło godziny 4) by
punktualnie dotrzeć na miejsce. Jak się później okazało warto było wstać tak
wcześnie. Już w drodze do Tomaszowa nasze poświęcenie zostało nagrodzone. Otóż
za Krakowem powitało nas słońce wstające i oświetlające piękne pola zbóż. Widok
był imponujący. Proszę sobie wyobrazić wschodzącą czerwoną kulę, w tle
różowawo- niebieskawy firmament, mocno żółtawe kłosy lekko kołysane na wietrze.
Hen daleko soczysto zielone drzewa, zagajnik, a jeszcze dalej bujne lasy,
pozostający jeszcze w ciemności. Nic tylko się zadumać i cieszyć tym żywym
malowidłem. Na miejscu przywitali nas już obecni koledzy z garnizonu lubelskiego.
Nie było zbyt dużo czasu więc od razu zaczęliśmy się przebierać w mundury, ubierać
garnki, buty, owijki i cały możliwy szpej. Właściwie zaraz po przebraniu się
ustawiliśmy się w szeregu i przygotowaliśmy się do wymarszu. Procedura ta sama
co zawsze, najpierw sprawdzenie sprzętu, potem przemarsz na wysłuchanie
scenariusza, następnie odmaszerowania, krótka przerwa i zbiórka na ponowny
wymarsz tym razem na bitwę. Rekonstrukcję czas zacząć! Udaliśmy się za wzgórze
zaraz obok jeziora zupełnie tak samo jak w poprzednim roku. Na początku słychać
tylko muzykę i doskonały komentarz profesora Andrzeja Olejki. Nagle za wzgórza
dochodzi do nas hałas, przerażający wrzask kobiet, krzyki uciekających
mężczyzn, słychać też „darcie” się w języku niemieckim. My już wiemy, że się
zaczęło. Niemcy zaatakowali wieś. Żołnierze Wehrmachtu chodzą po prowizorycznej
wiosce bijąc starców, zabijając młodych, tak jak to miało miejsce ponad 70 lat
temu. Po krótkiej chwili słychać ostre prażenie z karabinów, warkot maszyn i
krzyki polskich żołnierzy. Odbijają wieś. Niektórzy z nas podczołgali się na
czubek wzgórza lub na jego zbocze, by popatrzeć co się dzieje. Widać było walkę
na „ulicach”, walkę nie tylko na kule ale i czasem wręcz, kolbą od karabinu.
Człowiek mimo świadomości, że to tylko rekonstrukcja, lekcja historii i przy
tym zabawa, to i tak się rwał by pogonić Niemca (oczywiście piszę tylko i
wyłącznie w swoim imieniu). To jest gdzieś głęboko w świadomości. Tak samo
jednak we wrześniu 1939 roku i my bez rozkazu ruszyć się nie mogliśmy, by
wspomóc braci w boju. Sytuacja wyglądała dobrze, Niemcy się wycofali, nasi
zaczęli obsadzać i zabezpieczać teren. Sanitariuszki pomagały rannym żołnierzom
i cywilom. My wróciliśmy na miejsce by tam oczekiwać drugiej części wojennego
scenariusza. Wszyscy mocno wzdrygnęliśmy i złapaliśmy się za hełmy jak w
niespodziewanym momencie doszło do wybuchu. Nie daleko nas, w samym jeziorze. Z
jeziora woda trysnęła do góry na pięć, może nawet siedem metrów wysokości.
Widok był niesamowity i na koniec plusk wody. Drobna, przyjemna bryza, muskała
nasze twarze. Takie wybuchy powtórzyły się trzykrotnie. Był to nie tylko efekt
specjalny dla publiczności, która owacjami okazała zachwyt, ale był to też
sygnał dla rekonstruktorów, by wycofali się z wioski, która za moment spłonie.
Nie minęła minuta jak „artyleria”
ostrzelała wieś, która momentalnie stanęła w ogniu. My już się szykowaliśmy do
ataku, wiedzieliśmy, że po spaleniu osady będzie czas na nas. Czekaliśmy jak
porucznik da sygnał do ataku. Oczywiście musieliśmy chwilę poczekać, jak wieś
się spali, by mimo wojny i trwającej bitwy wejść do wsi bezpiecznie. Czekając z
niecierpliwością, wyglądałem co się dzieje. Po wsi zostały już tylko zgliszcza
i szkielety jeszcze nie dawno tu stojących atrap budynków, mieszkalnych i
urzędniczych. Po linii usłyszeć można było gwizdek. To porucznik zagwizdał by
ruszyć w bój. „
Naprzóóóóóóód!!!”. Dał
się słyszeć głośny krzyk. Wszyscy wylecieliśmy za wzgórza i ostrzelaliśmy nadciągających
Niemców.
Z lewej flanki nadjeżdżały
polskie samochody, które też w miarę możliwości dawały nam schronienie. Niemieccy
rekonstruktorzy byli ostrzelani z czołgu 7 TP, TKS, moździerzy (również z tego
należącego do naszego stowarzyszenia), granatnika (własność SRH Wrzesień 39) a
także karabinów mauser. Burza pocisków zmusiła wroga do wycofania się na tyły
pola rekonstrukcyjnego.
Niemieckich rekonstruktorów było widać coraz mniej.
Pole było ścielone niemieckim trupem. Czołgi zostały unieruchomione. W tym roku
nie była to rekonstrukcja wydarzeń, a inscenizacja jednej z potyczek, którą
Polacy wygrali. Tym razem to my byliśmy zwycięzcami. Nie dość, że smak goryczy
po zeszłorocznej porażce był osłodzony, to jeszcze rekonstrukcja była o wiele
ciekawsza i dużo lepiej przygotowana. Po tej imprezie poznałem wielkość
Tomaszowa Lubelskiego. Niestety z kolegą Pawłem i sanitariuszką Martą nie
mogliśmy zbyt długo się napawać zwycięstwem. Było późne popołudnie, a droga
powrotna do domu bardzo długa. Zaraz po zwycięstwie przebraliśmy się w nasze
ubrania cywilne i udaliśmy się w podróż powrotną. To był ciężki dzień, ale myślę,
że nikt nie żałował przejechanych kilometrów, wylanego potu i ogólnego
zmęczenia.
 |
| Fot. Marta Kwaterska |
Komentarze
Prześlij komentarz