Rozdział 4
Bitwy które przeżyłem, na których byłem ranny i na których… zginąłem.
Bitwy które przeżyłem, na których byłem ranny i na których… zginąłem.
Obrona pałacu – Radłów
![]() |
| Fot. Joanna Szubra. Zdjęcie pobrane z strony http://feldgrau.pl/ |
Wśród
dziesiątek rekonstrukcji odbywających się w Polsce trudno znaleźć dwie takie
same inscenizacje. Każda rekonstrukcja pozostawia inne wspomnienia.
Niektóre
powodują zawód, inne dają do myślenia o Tych których upamiętniamy, a jeszcze inne
wzbudzają zachwyt. Niewątpliwie bitwa radłowska należy do tych ostatnich dwóch
grup. Gdybym miał wymienić najlepsze rekonstrukcje na jakich byłem, na pewno
Radłów by się na tej liście znalazł. Powiem nawet więcej, byłem na dwóch
bitwach w Radłowie i każda była wyborna. Nawet mogę z czystym sumieniem
powiedzieć, że jedna była lepsza od drugiej.
Rok 2012
był rokiem bardzo obfitym w rekonstrukcje. Jednak właściwie przez cały rok
czekaliśmy tylko na tę jedną- bitwę radłowską. Dużo o niej się mówiło, spekulowało,
zakładało, tworzyło się scenariusze i mówiło jaka ona może być wspaniała. W
późniejszym czasie ta inscenizacja została nazwana „Czasem Bohaterów”. W
środowisku rekonstruktorskim niejednokrotnie ten temat pojawiał się na ustach i
każdy jej wyczekiwał. Taka atmosfera panująca już dużo wcześniej przed samym
wydarzeniem, tylko jeszcze bardziej nakręcała wszystkich. Każdy nie mógł się
doczekać, zarówno ci młodzi, początkujący rekonstruktorzy jak i ci starzy,
wytrawni, doświadczeni bywalcy rekonstruktorskich pól bitewnych. Na całe wydarzenie
poświęcono wiele wysiłku ludzi z SRH szczególnie dwóch, którzy wiele włożyli
serca w tę imprezę. Weekend, w którym miała odbyć się bitwa zbliżał się
wielkimi krokami.
W sobotę
rano rozpoczęły się uroczystości, w których nasze SRH Wrzesień 39 naturalnie
wzięło udział. Uczestnictwo w Mszy Świętej, warta przy pomnikach, wystawa w
czasie, której licznie zebrana społeczność Radłowa i okolic zadawała mnóstwo
pytań chcąc dowiedzieć czym jest karabin UR, jak to jest być rekonstruktorem,
ile waży moździerz, jak można wstąpić w szeregi SRH i wiele, wiele innych. Wieczorem przyszedł czas na przygotowanie
munduru, oraz posiłek, który jak zawsze przygotowany przez panie gospodynie był
prawdziwą ambrozją. Po kolacji każdy miał czas by pogawędzić, porozmawiać z
przyjaciółmi, którzy jutro mogli stać się wrogami na rekonstruktorskim polu
bitwy. Tak się mogło stać, ponieważ w szeregach naszego SRH była sekcja
niemiecka prowadzona przez Karola Kędzię, późniejszego współtwórcę GRH
Feldgrau. Koledzy z którymi chętnie
przysiadaliśmy na piwko, musieli stać się przeciwnikami w mundurach
Wehrmachtu, inaczej inscenizacja by się nie odbyła. Nie zmieniało to faktu, że
po bitwie znów stawaliśmy się kolegami. W Radłowie, w sobotni wieczór, dzień
przed bitwą postanowiliśmy sobie udowodnić wyższość na boisku. Niemcy byli
przekonani, że to oni będą rządzić, tak jak to faktycznie niemieccy piłkarze
robią na europejskich boiskach. My Polacy wierzyliśmy w naszą wyższość z powodu
naszej waleczności i determinacji, że gramy przeciwko Niemcom. Co prawda to
byli „nasi” Niemcy ale jednak Niemcy. Mecz rozpoczął się późnym wieczorem.
Walka była zażarta i żadna z drużyn nie chciała oddać pola. Przy stanie 0-0
było bardzo nerwowo. Boisko pięknie przystrzyżone, zapach świeżej trawy, powoli
zachodzące słońce i walka na murawie. Już dziś nie pamiętam, która była to
minuta ale padła w końcu pierwsza bramka, która otworzyła worek z golami.
Polska – Niemcy 5 do 1. Po stronie polskiej zapanowała wielka radość, bramki
strzelali, Wiśniewski x2 i Borkowski x3. Po ciekawym i elektryzującym widowisku
sportowym przyszedł czas na złocisty, gazowany napój chłodzący. Nie zabrakło
analiz, odgrażania się co będzie w następnym meczu i miłych dyskusji o pracy,
studiach, dziewczynach, narzeczonych, żonach i dzieciach, planach na wakacje,
planach na życie. Dochodziła 12 w nocy i trzeba było iść spać. Jutro miał być i
był wielki dzień! Trzeba było odpocząć.
Całe nasze
stowarzyszenie spało w sali gimnastycznej w radłowskiej szkole podstawowej
imienia Obrońców Września. Obudziły nas wpadające promienie słoneczne. Cała
sala była oświetlona i gdy tylko otwarłem oczy zauważyłem, że część osób już
się przygotowuje. Sąsiad po prawej stronie pakuje rzeczy, sąsiad z lewej zbiera
śpiwory, jeszcze ktoś inny chodzi z ręcznikami i mydłem by się umyć, niektórzy
już nawet ubierają mundury. Poleżałem jeszcze pięć minut i też zacząłem
wstawać. Musiałem się umyć, stroczyć koc, na którym spałem (za co bardzo
dziękuję koledze strzelcowi Wiśniewskiemu, który nauczył mnie, a przynajmniej
próbował nauczyć tej niełatwej sztuki) przygotować mundur (odciąć patki, które
były potrzebne na mszy i ściągnąć dwudziestki- numer naszego pułku noszony na
pagonach) pozbierać śpiwór i zrobić porządki po sobie. Po tym wszystkim
udaliśmy się na śniadanie, nie muszę rzecz jasna wyjaśniać, że było ono
doskonałe. Jeśli tylko ktoś kiedyś będzie miał okazję skorzystać z gościnności
radłowskich gospodyń proszę koniecznie spróbować. To one właśnie dbają by powiedzenie
o słynnej polskiej gościnności nie straciło na znaczeniu. Uprzejmość, hojność i
staranność to tylko niektóre z ich zalet. Herbata gorąca i pyszna, wędlin pod
dostatkiem, a nawet jeśli by brakło… to i tak by się jeszcze coś znalazło. Czy
można wymarzyć sobie lepsze śniadanie?! Zaraz po porannym posiłku udaliśmy się
na boisko gdzie zeszłej nocy doszło do zwycięstwa nad nieoficjalną
rekonstruktorską reprezentacją Niemiec. Tym razem zebrali się tam tylko Polacy.
Stan mundurów sprawdzał kapral o pseudonimie „Precel”, człowiek bardzo
życzliwy, dobry rekonstruktor, wymagający dowódca. Temu wszystkiemu przyglądało
się dowództwo, w postaci rotmistrza Gładysza i wówczas plutonowego Gładysza.[1] Wszystko
musiało być idealnie, zresztą dzięki staraniom wszystkich tak też właśnie było.
Uformowaliśmy odział i wyruszyliśmy w kierunku miasta gdzie znajduje się pałac,
w tym miejscu odbyć się miała rekonstrukcja. Ludzie mijający nas samochodami
oglądali nas z podziwem, niektórzy chwytali za aparaty i robili nam zdjęcia.
Piesi którzy spacerowali w okolicy kościoła i pałacu, które są nie daleko
siebie, również mieli wielką atrakcję w naszej postaci. Niektórzy przystawali i
dobrze nam się przypatrywali. Zawsze mnie głęboko wzruszają starsze panie lub
starsi panowie, którzy widząc nasze mundury wspominają swoją nie zawsze łatwą
młodość. Robią to jednak zawsze z uśmiechem na twarzy. Niektórzy jeszcze nam
dziękują i mówią, że są z nas dumni. Dotarliśmy na miejsce. Do wybuchu bitwy
zostało już kilkanaście minut. Rotmistrz Dariusz Gładysz udziela nam już
ostatnich porad, odpowiada na ostatnie nasze pytania. Mimo, że była to tylko
rekonstrukcja panował niewielki niepokój, który miał swoje źródło w tym, że
każdy chciał wypaść jak najlepiej i każdy chciał się przyczynić do tego by to
widowisko było naprawdę bardzo dobre. W
takich chwilach nasz dowódca w osobie rotmistrza Gładysza stawał na wysokości
zadania wnosząc w nasze szeregi spokój. Ten dobrze zbudowany mężczyzna, w
okularach, z dostojnym wąsem, miał olbrzymi dar wprowadzania spokoju ale i
utrzymywania dyscypliny zarazem. Słońce było jeszcze wysoko ale było już późne
popołudnie, przyszedł już czas rozpoczęcia rekonstrukcji.
Inscenizacja
rozpoczyna się od wmaszerowania wojsk polskich (które wracały z bitwy) do
ogrodów pałacowych. Wśród żołnierzy było kilku rannych, wielu było zmęczonych.
Ranni odpoczywali z boku w cieniu pałacu i drzew. Zdrowa grupa wojskowych przygotowywała
posiłek dla wykończonych i głodnych towarzyszy broni, inni byli na straży by
wyglądać wroga. Sanitariuszki doglądały tych najbardziej poszkodowanych.
Sprawnym i będącym na straży podawały wodę do picia. Moja pozycja tym razem
przypadła przy moździerzu, gdzie miałem przyjemność walczyć w ramię w ramię z
strzelcem Pawłem Kulką i strzelcem Bartoszem Wiśniewskim. Początkowo było
spokojnie gdy nagle doszło do zamieszania. Okazało się, że na teren ogrodów pałacowych,
które zajmowaliśmy dostał się dywersant. My jednak o tym nie wiedzieliśmy i
spodziewaliśmy się natarcia Wehrmachtu. W dodatku, któryś z nas usłyszał hasło
„ognia” więc z kolegami zaczęliśmy ostrzeliwać pozycję. Naszego ognia nie
przerwał wróg, lecz czerwona rozwścieczona twarz naszego kaprala Gładysza[2], który
oświadczył nam (bardzo delikatnie rzecz ujmując), że ogień jest nie potrzebny.
Kapral wyraził się w kilku prostych żołnierskich słowach ale doskonale je
zrozumieliśmy, mimo że w koło był huk, strzały i było naprawdę bardzo głośno.
Zaraz po tym krótko trwającym zamieszaniu zauważyliśmy prowadzonego, związanego
człowieka. Okazało się, że jest to kolaborant, działający na rzecz Niemców.
Wszyscy byliśmy „źli” i w każdym z nas się gotowało. Kolaborant został
przesłuchany, a zaraz potem został zastrzelony na tyłach radłowskiego pałacu. Wszyscy
wrócili na swoje pozycje. Znów na moment zapadła cisza i spokój. Można było się
poddać przyjemnym rozmowom o domu i rodzinie. Wygrzewać się na dobrze palącym
słońcu. Rozmowy, popijanie wody, odpoczynek, czy czyszczenie ran przerwał mocny
ostrzał. Nadciągał oddział niemiecki, dowodzony przez rekonstruktora Karola
Kędzię. Bardzo dobrego aktora pól rekonstrukcyjnych, człowiek o dużej wiedzy o
niemieckiej armii. Rzuciliśmy się do broni, nie było cienia wątpliwości, że
moździerz musi być teraz użyty. Ostrzelaliśmy pozycje niemieckie, Niemcy nie
pomyśleli ani przez moment by się wycofywać. Ich siła była bardzo widoczna. W
swoich szeregach mieli dużą liczbę ludzi oraz dobry sprzęt, między innymi
armatę PAK, w którą była wyposażona armia niemiecka. Nasi żołnierze nie
zamierzali jednak oddać pałacu. Wymiana ognia była zaciekła. Zmęczeni
codziennymi walkami, wykończeni kilometrowymi marszami żołnierze polscy musieli
oddać przepiękny pałac, w którym znaleźli schronienie. Gdy tylko Niemcy
sprawdzili teren, zajęli budynek, a na jego balkonie zawisła niemiecka flaga z
swastyką. My musieliśmy się ukryć po za murami pałacu. Minęła chwila. W tym
czasie komentator przedstawia publiczności zaistniałą sytuację opowiada co się
wydarzyło. My ten moment wykorzystywaliśmy na odpoczynek, piliśmy wodę,
siedzieliśmy w cieniu łapiąc oddech. Nikt mi nie uwierzy do puki sam nie
spróbuje. Bieganie w blisko trzydziestostopniowym upale w grubym suknie,
dźwigając elementy moździerza ważące kilka albo nawet kilkanaście kilogramów
potrafią zupełnie wykończyć człowieka. Pierwsza część inscenizacji trwała około
20 minut. Ze mnie i z kolegów lało się jak by ktoś nas wiadrem wody oblał. Gdy
tylko złapaliśmy oddech rotmistrz rozkazał przygotować się do wymarszu. Tym
razem bez moździerza. Atakowaliśmy pałac więc była potrzeba jak największej
ilości rąk do karabinów. Po za tym trzeba było dynamicznie się przemieszczać by
uzyskać element zaskoczenia. Powoli, pojedynczo podbiegaliśmy do drzew, które
rosły w pałacowym ogrodzie. W ten sposób szukaliśmy schronienia, przed
niemieckimi kulami. Chcieliśmy podjeść jak najbliżej by potem zaatakować
Niemców. Niestety niemieccy żołnierze zauważyli nas wcześniej niż byśmy tego
chcieli. Doszło do walki. Ludzie Wehrmachtu- rekonstruktorzy ginęli jeden za
drugim. My nacieraliśmy bardzo ostro, strzelając z karabinów Mauser oraz z
Browninga, z którego kolega z garnizonu lubelskiego prażył bezlitośnie.
Niemiecka przewaga spadła błyskawicznie, Niemcy musieli wycofać się do środka
pałacu. Ja i kilku kolegów wbiegliśmy do środka by zastrzelić lub pojmać
ostatnich Niemców. Szczególnie zależało nam na Karolu Kędzi, który odgrywał
rolę niemieckiego oficera. Wewnątrz stała się rzecz nieoczekiwana i całe
szczęście, że w środku nie było publiczności lub kamery, która by przekazywała
na zewnątrz na telebimie co się dzieje w środku budynku. Jak wspomniałem
wcześniej, wraz z kolegami wbiegliśmy do środka by złapać do niewoli kilku
Niemców. Wbiegliśmy naprawdę szybko, zapominając, że nasze buty są podkute i
przy tym bardzo łatwo wpadają w poślizg, tym bardziej że wewnątrz pałacu była
podłoga wyłożona lśniącymi, super poślizgowymi płytkami. Oczywiście dwóch
kolegów się wywróciło a pozostałych trzech na nich upadło. Karol uśmiechnął się
życzliwie, uprzejmie podniósł ręce do góry i ze stoickim spokojem powiedział:
„no dobrze, pozwolę się aresztować”. Wywołało to u nas salwę śmiechu, którą
natychmiast musieliśmy zdusić, ponieważ nasze chichoty nie mogły opuścić murów
pałacu, iż na zewnątrz była licznie zebrana publika. Wszyscy szybko się
opanowaliśmy, sprawdziliśmy czy w środku nie ma innych Niemców. Byli oni u góry
i zostali sprowadzeni na dół. Jeńcy zostali wyprowadzeni na zewnątrz i
ulokowani w jednym miejscu. Sam też prowadziłem na muszce kilku Niemców co wprawiało
mnie w wielkie zadowolenie. Potem ciała
„poległych” żołnierzy zostały sprawdzone, zaraz potem… cudowne
zmartwychwstanie, co oznacza koniec rekonstrukcji. Ludzie zaczęli głośno bić
brawa, inni krzyczeli: „dziękujemy”, „brawo”, „wiwat Wojsko Polskie” lub
„Panowie jesteście wielcy”. Wszystkie okrzyki dla nas były wspaniałą zapłatą i
sprawiały nam jak zawsze wielką przyjemność. Na koniec wszyscy rekonstruktorzy
polscy zebrali się by wraz ze wspaniałą publicznością zaśpiewać Mazurka
Dąbrowskiego. To był bardzo dobry dzień… Dzień rekonstruktorskiego i
patriotycznego zwycięstwa.
Krótki rys historyczny.
Ziemie
radłowskie szczególnie tragicznie doświadczyła wojna. Pierwsze piekło ta mała
miejscowość ujrzała 7 września kiedy to wojska niemieckie wchodziły na jej
tereny. Po wielu godzinach walk Wojsko Polskie było zmuszone wycofać się, a aby
je osłaniać garstka żołnierzy została w Radłowie. Postanowili zatrzymać wroga
tak by wycofujące się pułki piechoty zyskały potrzebny czas. Na miejsce obrony
zostały wybrany budynek szkoły, gdzie żołnierze się zabarykadowali i otwarli
ogień do nadciągających Niemców. Polacy stanowili mur nie do przejścia. Wróg
był wyjątkowo zaskoczony postawą i siłą oporu. Niemcy zachęcali do kapitulacji
i gwarantowali bezpieczeństwo. Nasi strzelcy za każdym razem odmówili.
Rozwścieczeni wrogowie postanowili miotaczami ognia spalić budynek szkoły, a
wraz z nią znajdujących się w środku bohaterskich czternastu żołnierzy. Jak
głoszą niektóre źródła, żołnierze umierając w palącym się budynku śpiewali
Rotę. Niestety nie był to koniec tragicznych wydarzeń. Następny koszmar
nastąpił zaraz na następny dzień 8 września. O tym opowiem już w następnym podrozdziale, który znajduje się
poniżej.
[1]
Rotmistrz Dariusz Gładysz z Krakowa i sierżant Andrzej Gładysz spod Tarnowa.
Ludzie oddani rekonstrukcji i pasjonaci historii Wojska Polskiego. Nie są
rodziną.
[2] Kapral
Maciej Gładysz- syn Pana Rotmistrza Dariusza Gładysza. Człowiek o wielkim
sercu, o dużej wiedzy historycznej i rekonstruktorskiej. Bardzo barwna postać.

Komentarze
Prześlij komentarz