Przejdź do głównej zawartości

Strażnicy Pamięci (13) - z pamiętnika rekonstruktora



 Rozdział 4
Bitwy które przeżyłem, na których byłem ranny i na których… zginąłem.

Obrona pałacu – Radłów

Fot. Joanna Szubra. Zdjęcie pobrane z strony http://feldgrau.pl/
Wśród dziesiątek rekonstrukcji odbywających się w Polsce trudno znaleźć dwie takie same inscenizacje. Każda rekonstrukcja pozostawia inne wspomnienia.
Niektóre powodują zawód, inne dają do myślenia o Tych których upamiętniamy, a jeszcze inne wzbudzają zachwyt. Niewątpliwie bitwa radłowska należy do tych ostatnich dwóch grup. Gdybym miał wymienić najlepsze rekonstrukcje na jakich byłem, na pewno Radłów by się na tej liście znalazł. Powiem nawet więcej, byłem na dwóch bitwach w Radłowie i każda była wyborna. Nawet mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jedna była lepsza od drugiej.
Rok 2012 był rokiem bardzo obfitym w rekonstrukcje. Jednak właściwie przez cały rok czekaliśmy tylko na tę jedną- bitwę radłowską. Dużo o niej się mówiło, spekulowało, zakładało, tworzyło się scenariusze i mówiło jaka ona może być wspaniała. W późniejszym czasie ta inscenizacja została nazwana „Czasem Bohaterów”. W środowisku rekonstruktorskim niejednokrotnie ten temat pojawiał się na ustach i każdy jej wyczekiwał. Taka atmosfera panująca już dużo wcześniej przed samym wydarzeniem, tylko jeszcze bardziej nakręcała wszystkich. Każdy nie mógł się doczekać, zarówno ci młodzi, początkujący rekonstruktorzy jak i ci starzy, wytrawni, doświadczeni bywalcy rekonstruktorskich pól bitewnych. Na całe wydarzenie poświęcono wiele wysiłku ludzi z SRH szczególnie dwóch, którzy wiele włożyli serca w tę imprezę. Weekend, w którym miała odbyć się bitwa zbliżał się wielkimi krokami.
W sobotę rano rozpoczęły się uroczystości, w których nasze SRH Wrzesień 39 naturalnie wzięło udział. Uczestnictwo w Mszy Świętej, warta przy pomnikach, wystawa w czasie, której licznie zebrana społeczność Radłowa i okolic zadawała mnóstwo pytań chcąc dowiedzieć czym jest karabin UR, jak to jest być rekonstruktorem, ile waży moździerz, jak można wstąpić w szeregi SRH i wiele, wiele innych.  Wieczorem przyszedł czas na przygotowanie munduru, oraz posiłek, który jak zawsze przygotowany przez panie gospodynie był prawdziwą ambrozją. Po kolacji każdy miał czas by pogawędzić, porozmawiać z przyjaciółmi, którzy jutro mogli stać się wrogami na rekonstruktorskim polu bitwy. Tak się mogło stać, ponieważ w szeregach naszego SRH była sekcja niemiecka prowadzona przez Karola Kędzię, późniejszego współtwórcę GRH Feldgrau. Koledzy z którymi chętnie  przysiadaliśmy na piwko, musieli stać się przeciwnikami w mundurach Wehrmachtu, inaczej inscenizacja by się nie odbyła. Nie zmieniało to faktu, że po bitwie znów stawaliśmy się kolegami. W Radłowie, w sobotni wieczór, dzień przed bitwą postanowiliśmy sobie udowodnić wyższość na boisku. Niemcy byli przekonani, że to oni będą rządzić, tak jak to faktycznie niemieccy piłkarze robią na europejskich boiskach. My Polacy wierzyliśmy w naszą wyższość z powodu naszej waleczności i determinacji, że gramy przeciwko Niemcom. Co prawda to byli „nasi” Niemcy ale jednak Niemcy. Mecz rozpoczął się późnym wieczorem. Walka była zażarta i żadna z drużyn nie chciała oddać pola. Przy stanie 0-0 było bardzo nerwowo. Boisko pięknie przystrzyżone, zapach świeżej trawy, powoli zachodzące słońce i walka na murawie. Już dziś nie pamiętam, która była to minuta ale padła w końcu pierwsza bramka, która otworzyła worek z golami. Polska – Niemcy 5 do 1. Po stronie polskiej zapanowała wielka radość, bramki strzelali, Wiśniewski x2 i Borkowski x3. Po ciekawym i elektryzującym widowisku sportowym przyszedł czas na złocisty, gazowany napój chłodzący. Nie zabrakło analiz, odgrażania się co będzie w następnym meczu i miłych dyskusji o pracy, studiach, dziewczynach, narzeczonych, żonach i dzieciach, planach na wakacje, planach na życie. Dochodziła 12 w nocy i trzeba było iść spać. Jutro miał być i był wielki dzień! Trzeba było odpocząć.
Całe nasze stowarzyszenie spało w sali gimnastycznej w radłowskiej szkole podstawowej imienia Obrońców Września. Obudziły nas wpadające promienie słoneczne. Cała sala była oświetlona i gdy tylko otwarłem oczy zauważyłem, że część osób już się przygotowuje. Sąsiad po prawej stronie pakuje rzeczy, sąsiad z lewej zbiera śpiwory, jeszcze ktoś inny chodzi z ręcznikami i mydłem by się umyć, niektórzy już nawet ubierają mundury. Poleżałem jeszcze pięć minut i też zacząłem wstawać. Musiałem się umyć, stroczyć koc, na którym spałem (za co bardzo dziękuję koledze strzelcowi Wiśniewskiemu, który nauczył mnie, a przynajmniej próbował nauczyć tej niełatwej sztuki) przygotować mundur (odciąć patki, które były potrzebne na mszy i ściągnąć dwudziestki- numer naszego pułku noszony na pagonach) pozbierać śpiwór i zrobić porządki po sobie. Po tym wszystkim udaliśmy się na śniadanie, nie muszę rzecz jasna wyjaśniać, że było ono doskonałe. Jeśli tylko ktoś kiedyś będzie miał okazję skorzystać z gościnności radłowskich gospodyń proszę koniecznie spróbować. To one właśnie dbają by powiedzenie o słynnej polskiej gościnności nie straciło na znaczeniu. Uprzejmość, hojność i staranność to tylko niektóre z ich zalet. Herbata gorąca i pyszna, wędlin pod dostatkiem, a nawet jeśli by brakło… to i tak by się jeszcze coś znalazło. Czy można wymarzyć sobie lepsze śniadanie?! Zaraz po porannym posiłku udaliśmy się na boisko gdzie zeszłej nocy doszło do zwycięstwa nad nieoficjalną rekonstruktorską reprezentacją Niemiec. Tym razem zebrali się tam tylko Polacy. Stan mundurów sprawdzał kapral o pseudonimie „Precel”, człowiek bardzo życzliwy, dobry rekonstruktor, wymagający dowódca. Temu wszystkiemu przyglądało się dowództwo, w postaci rotmistrza Gładysza i wówczas plutonowego Gładysza.[1] Wszystko musiało być idealnie, zresztą dzięki staraniom wszystkich tak też właśnie było. Uformowaliśmy odział i wyruszyliśmy w kierunku miasta gdzie znajduje się pałac, w tym miejscu odbyć się miała rekonstrukcja. Ludzie mijający nas samochodami oglądali nas z podziwem, niektórzy chwytali za aparaty i robili nam zdjęcia. Piesi którzy spacerowali w okolicy kościoła i pałacu, które są nie daleko siebie, również mieli wielką atrakcję w naszej postaci. Niektórzy przystawali i dobrze nam się przypatrywali. Zawsze mnie głęboko wzruszają starsze panie lub starsi panowie, którzy widząc nasze mundury wspominają swoją nie zawsze łatwą młodość. Robią to jednak zawsze z uśmiechem na twarzy. Niektórzy jeszcze nam dziękują i mówią, że są z nas dumni. Dotarliśmy na miejsce. Do wybuchu bitwy zostało już kilkanaście minut. Rotmistrz Dariusz Gładysz udziela nam już ostatnich porad, odpowiada na ostatnie nasze pytania. Mimo, że była to tylko rekonstrukcja panował niewielki niepokój, który miał swoje źródło w tym, że każdy chciał wypaść jak najlepiej i każdy chciał się przyczynić do tego by to widowisko było naprawdę bardzo dobre.   W takich chwilach nasz dowódca w osobie rotmistrza Gładysza stawał na wysokości zadania wnosząc w nasze szeregi spokój. Ten dobrze zbudowany mężczyzna, w okularach, z dostojnym wąsem, miał olbrzymi dar wprowadzania spokoju ale i utrzymywania dyscypliny zarazem. Słońce było jeszcze wysoko ale było już późne popołudnie, przyszedł już czas rozpoczęcia rekonstrukcji.
Inscenizacja rozpoczyna się od wmaszerowania wojsk polskich (które wracały z bitwy) do ogrodów pałacowych. Wśród żołnierzy było kilku rannych, wielu było zmęczonych. Ranni odpoczywali z boku w cieniu pałacu i drzew. Zdrowa grupa wojskowych przygotowywała posiłek dla wykończonych i głodnych towarzyszy broni, inni byli na straży by wyglądać wroga. Sanitariuszki doglądały tych najbardziej poszkodowanych. Sprawnym i będącym na straży podawały wodę do picia. Moja pozycja tym razem przypadła przy moździerzu, gdzie miałem przyjemność walczyć w ramię w ramię z strzelcem Pawłem Kulką i strzelcem Bartoszem Wiśniewskim. Początkowo było spokojnie gdy nagle doszło do zamieszania. Okazało się, że na teren ogrodów pałacowych, które zajmowaliśmy dostał się dywersant. My jednak o tym nie wiedzieliśmy i spodziewaliśmy się natarcia Wehrmachtu. W dodatku, któryś z nas usłyszał hasło „ognia” więc z kolegami zaczęliśmy ostrzeliwać pozycję. Naszego ognia nie przerwał wróg, lecz czerwona rozwścieczona twarz naszego kaprala Gładysza[2], który oświadczył nam (bardzo delikatnie rzecz ujmując), że ogień jest nie potrzebny. Kapral wyraził się w kilku prostych żołnierskich słowach ale doskonale je zrozumieliśmy, mimo że w koło był huk, strzały i było naprawdę bardzo głośno. Zaraz po tym krótko trwającym zamieszaniu zauważyliśmy prowadzonego, związanego człowieka. Okazało się, że jest to kolaborant, działający na rzecz Niemców. Wszyscy byliśmy „źli” i w każdym z nas się gotowało. Kolaborant został przesłuchany, a zaraz potem został zastrzelony na tyłach radłowskiego pałacu. Wszyscy wrócili na swoje pozycje. Znów na moment zapadła cisza i spokój. Można było się poddać przyjemnym rozmowom o domu i rodzinie. Wygrzewać się na dobrze palącym słońcu. Rozmowy, popijanie wody, odpoczynek, czy czyszczenie ran przerwał mocny ostrzał. Nadciągał oddział niemiecki, dowodzony przez rekonstruktora Karola Kędzię. Bardzo dobrego aktora pól rekonstrukcyjnych, człowiek o dużej wiedzy o niemieckiej armii. Rzuciliśmy się do broni, nie było cienia wątpliwości, że moździerz musi być teraz użyty. Ostrzelaliśmy pozycje niemieckie, Niemcy nie pomyśleli ani przez moment by się wycofywać. Ich siła była bardzo widoczna. W swoich szeregach mieli dużą liczbę ludzi oraz dobry sprzęt, między innymi armatę PAK, w którą była wyposażona armia niemiecka. Nasi żołnierze nie zamierzali jednak oddać pałacu. Wymiana ognia była zaciekła. Zmęczeni codziennymi walkami, wykończeni kilometrowymi marszami żołnierze polscy musieli oddać przepiękny pałac, w którym znaleźli schronienie. Gdy tylko Niemcy sprawdzili teren, zajęli budynek, a na jego balkonie zawisła niemiecka flaga z swastyką. My musieliśmy się ukryć po za murami pałacu. Minęła chwila. W tym czasie komentator przedstawia publiczności zaistniałą sytuację opowiada co się wydarzyło. My ten moment wykorzystywaliśmy na odpoczynek, piliśmy wodę, siedzieliśmy w cieniu łapiąc oddech. Nikt mi nie uwierzy do puki sam nie spróbuje. Bieganie w blisko trzydziestostopniowym upale w grubym suknie, dźwigając elementy moździerza ważące kilka albo nawet kilkanaście kilogramów potrafią zupełnie wykończyć człowieka. Pierwsza część inscenizacji trwała około 20 minut. Ze mnie i z kolegów lało się jak by ktoś nas wiadrem wody oblał. Gdy tylko złapaliśmy oddech rotmistrz rozkazał przygotować się do wymarszu. Tym razem bez moździerza. Atakowaliśmy pałac więc była potrzeba jak największej ilości rąk do karabinów. Po za tym trzeba było dynamicznie się przemieszczać by uzyskać element zaskoczenia. Powoli, pojedynczo podbiegaliśmy do drzew, które rosły w pałacowym ogrodzie. W ten sposób szukaliśmy schronienia, przed niemieckimi kulami. Chcieliśmy podjeść jak najbliżej by potem zaatakować Niemców. Niestety niemieccy żołnierze zauważyli nas wcześniej niż byśmy tego chcieli. Doszło do walki. Ludzie Wehrmachtu- rekonstruktorzy ginęli jeden za drugim. My nacieraliśmy bardzo ostro, strzelając z karabinów Mauser oraz z Browninga, z którego kolega z garnizonu lubelskiego prażył bezlitośnie. Niemiecka przewaga spadła błyskawicznie, Niemcy musieli wycofać się do środka pałacu. Ja i kilku kolegów wbiegliśmy do środka by zastrzelić lub pojmać ostatnich Niemców. Szczególnie zależało nam na Karolu Kędzi, który odgrywał rolę niemieckiego oficera. Wewnątrz stała się rzecz nieoczekiwana i całe szczęście, że w środku nie było publiczności lub kamery, która by przekazywała na zewnątrz na telebimie co się dzieje w środku budynku. Jak wspomniałem wcześniej, wraz z kolegami wbiegliśmy do środka by złapać do niewoli kilku Niemców. Wbiegliśmy naprawdę szybko, zapominając, że nasze buty są podkute i przy tym bardzo łatwo wpadają w poślizg, tym bardziej że wewnątrz pałacu była podłoga wyłożona lśniącymi, super poślizgowymi płytkami. Oczywiście dwóch kolegów się wywróciło a pozostałych trzech na nich upadło. Karol uśmiechnął się życzliwie, uprzejmie podniósł ręce do góry i ze stoickim spokojem powiedział: „no dobrze, pozwolę się aresztować”. Wywołało to u nas salwę śmiechu, którą natychmiast musieliśmy zdusić, ponieważ nasze chichoty nie mogły opuścić murów pałacu, iż na zewnątrz była licznie zebrana publika. Wszyscy szybko się opanowaliśmy, sprawdziliśmy czy w środku nie ma innych Niemców. Byli oni u góry i zostali sprowadzeni na dół. Jeńcy zostali wyprowadzeni na zewnątrz i ulokowani w jednym miejscu. Sam też prowadziłem na muszce kilku Niemców co wprawiało mnie w  wielkie zadowolenie. Potem ciała „poległych” żołnierzy zostały sprawdzone, zaraz potem… cudowne zmartwychwstanie, co oznacza koniec rekonstrukcji. Ludzie zaczęli głośno bić brawa, inni krzyczeli: „dziękujemy”, „brawo”, „wiwat Wojsko Polskie” lub „Panowie jesteście wielcy”. Wszystkie okrzyki dla nas były wspaniałą zapłatą i sprawiały nam jak zawsze wielką przyjemność. Na koniec wszyscy rekonstruktorzy polscy zebrali się by wraz ze wspaniałą publicznością zaśpiewać Mazurka Dąbrowskiego. To był bardzo dobry dzień… Dzień rekonstruktorskiego i patriotycznego zwycięstwa.

Krótki rys historyczny.
Ziemie radłowskie szczególnie tragicznie doświadczyła wojna. Pierwsze piekło ta mała miejscowość ujrzała 7 września kiedy to wojska niemieckie wchodziły na jej tereny. Po wielu godzinach walk Wojsko Polskie było zmuszone wycofać się, a aby je osłaniać garstka żołnierzy została w Radłowie. Postanowili zatrzymać wroga tak by wycofujące się pułki piechoty zyskały potrzebny czas. Na miejsce obrony zostały wybrany budynek szkoły, gdzie żołnierze się zabarykadowali i otwarli ogień do nadciągających Niemców. Polacy stanowili mur nie do przejścia. Wróg był wyjątkowo zaskoczony postawą i siłą oporu. Niemcy zachęcali do kapitulacji i gwarantowali bezpieczeństwo. Nasi strzelcy za każdym razem odmówili. Rozwścieczeni wrogowie postanowili miotaczami ognia spalić budynek szkoły, a wraz z nią znajdujących się w środku bohaterskich czternastu żołnierzy. Jak głoszą niektóre źródła, żołnierze umierając w palącym się budynku śpiewali Rotę. Niestety nie był to koniec tragicznych wydarzeń. Następny koszmar nastąpił zaraz na następny dzień 8 września. O tym opowiem już  w następnym podrozdziale, który znajduje się poniżej.


[1] Rotmistrz Dariusz Gładysz z Krakowa i sierżant Andrzej Gładysz spod Tarnowa. Ludzie oddani rekonstrukcji i pasjonaci historii Wojska Polskiego. Nie są rodziną.
[2] Kapral Maciej Gładysz- syn Pana Rotmistrza Dariusza Gładysza. Człowiek o wielkim sercu, o dużej wiedzy historycznej i rekonstruktorskiej. Bardzo barwna postać.

Komentarze

Obserwatorzy

Najchętniej czytane

Z TikToka do podręcznika. Moje sposoby na lekcje, które wygrywają z ekranem smartfona.

         W dzisiejszych czasach przeprowadzenie lekcji jest nie lada wyzwaniem. Młodzież potrzebuje silnych bodźców i dynamiki. Spędzając dużo czasu przed ekranem, oglądając szybkie, krótkie rolki na TikToku czy Instagramie, uczniowie szybko się nudzą, a praca z podręcznikiem staje się coraz mniej efektywna. By wyjść naprzeciw ich potrzebom, trzeba wykazać się dużą pomysłowością, aby uatrakcyjnić zajęcia. Chciałbym podzielić się z Wami moimi sposobami na to, by lekcja stała się ciekawsza.      Prezentowane metody wykorzystuję na historii w klasach 4–8. Pierwszą z nich są „laptopy historyczne”. To nazwa robocza, ale doskonale oddaje sedno zadania. Uczniowie bardzo je lubią i nieraz zaskoczyli mnie swoją inwencją. Praca wygląda następująco: uczniowie łączą się w 3-, 4- lub 5-osobowe grupy. Tworzą one tzw. redakcje i budują własny komputer. Za obudowę służy przyniesiona przez nich tekturowa teczka, do której ja dołączam wydrukowaną klawiaturę. Wierzc...

Strzeż się! Nadchodzi Siuda Baba!

      Obecnie w całej Polsce przeżywamy czas wielkiego tygodnia. Z tym okresem jest związanych wiele tradycji Wielkanocnych. Niektóre są znane w całym kraju, jak na przykład: tworzenie gałązek ozdobionych baziami, bibułą które zanosimy do kościoła w Niedziele Palmową, malowanie jajek, przygotowanie koszyczków wielkanocnych, niedzielne nabożeństwo upamiętniające Zmartwychwstanie, czy lany poniedziałek.      Są też i takie tradycje które są celebrowane tylko w niektórych częściach kraju albo tylko i wyłącznie w jednym regionie. Taką tradycją jest lednicka Siuda Baba. Według legendy na terenach dzisiejszej Lednicy Górnej, w czasach przed chrześcijańskich znajdowała się świątynia bogini Ledy. W jej wnętrzu palił się wieczny ogień, który nie miał prawa zgasnąć. Nad jego paleniem czuwała kapłanka, która pełniła roczną służbę. Raz do roku mogła opuścić świątynię, by znaleźć swoją zastępczynię. Złapana młoda dziewczyna mogła się wykupić. Jeśli nie było jej sta...

Strażnicy Pamięci (3) - z pamiętnika rekonstruktora

Rozdział 2 (cz. 1) Jak się znalazłem w rekonstrukcyjnym świecie?  Święto Pułkowe 20 PPZK, organizowane przez Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznej "Wrzesień 39"         Za oknem leje deszcz. Praca magisterska nie wiadomo dlaczego nie chce sama się pisać. W domu jest Mama, która rozwiązuje swoje ulubione krzyżówki, raz po raz zaglądając do telewizora, patrząc co się dzieje w świecie. Tata pisze kolejną pracę naukową, lub poprawia egzaminy studentów. Pewnie ściągali, bo Tata nie wydaje się być zbyt zadowolony.

Popularne posty z tego bloga

Z TikToka do podręcznika. Moje sposoby na lekcje, które wygrywają z ekranem smartfona.

         W dzisiejszych czasach przeprowadzenie lekcji jest nie lada wyzwaniem. Młodzież potrzebuje silnych bodźców i dynamiki. Spędzając dużo czasu przed ekranem, oglądając szybkie, krótkie rolki na TikToku czy Instagramie, uczniowie szybko się nudzą, a praca z podręcznikiem staje się coraz mniej efektywna. By wyjść naprzeciw ich potrzebom, trzeba wykazać się dużą pomysłowością, aby uatrakcyjnić zajęcia. Chciałbym podzielić się z Wami moimi sposobami na to, by lekcja stała się ciekawsza.      Prezentowane metody wykorzystuję na historii w klasach 4–8. Pierwszą z nich są „laptopy historyczne”. To nazwa robocza, ale doskonale oddaje sedno zadania. Uczniowie bardzo je lubią i nieraz zaskoczyli mnie swoją inwencją. Praca wygląda następująco: uczniowie łączą się w 3-, 4- lub 5-osobowe grupy. Tworzą one tzw. redakcje i budują własny komputer. Za obudowę służy przyniesiona przez nich tekturowa teczka, do której ja dołączam wydrukowaną klawiaturę. Wierzc...

Otwarcie sezonu górskiego: Pcim - Kudłacze - Łysina - Lubomir 904 m

Sezon chodzenia po górach mogę uznać za otwarty! W środę 25 IV wraz z Żoną odwiedziliśmy Beskid Makowski. Piękna pogoda, cisza i spokój na szlaku dały nam dużo radości i pozwoliły podładować baterie. Jakie były wrażenia oraz co możemy Wam doradzić znajdziecie w tekście poniżej. A że lubię konkrety to (mam nadzieję) będzie krótko i zwięźle ale oczywiście na temat. Zaczynajmy! Drogie Panie i Panowie... przed Państwem Lubogoszcz (968m) Na samym początku pragnę napisać jedną ważną rzecz: mieszkańcy Pcimia to niezwykle przyjaźni ludzie. Bardzo serdeczni, otwarci i mili. Najpierw kierowca busa nam pomachał, ot tak. Potem z uśmiechem na twarzy zagadał nas jeden mieszkaniec: "czy nie wracamy za wcześnie"? A była już godzina 16, więc żart bardzo nam się spodobał. Potem inny starszy miły Pan zapytał skąd to wracamy. Zaczął nam opowiadać o Beskidzie Makowskim. Naprawdę jestem pod wrażeniem życzliwości. Pcimianie i Pcimianki tak trzymać!!!

Strażnicy Pamięci (32) - z pamiętnika rekonstruktora

  Rozdział 8 Niezwykłe spotkania Zdjęcie pobrano z: http://www.program7.pl/spotkanie-z-kpt-konstantym-kopfem-zolnierzem-nsz/   Część 2 Kapitan Konstanty Kopf              Inną również bardzo ciekawą postacią jaką miałem przyjemność poznać to „Żołnierz Wyklęty” - kapitan Konstanty Kopf, pseudonim „Pewny”. Pan kapitan urodził się na Rzeszowszczyźnie. Wojna w 1939 roku zastała go w domu, szybko zgłosił się jako ochotnik do obrony kraju.