Rozdział 4
Bitwy które przeżyłem, na których byłem ranny i na których… zginąłem.
Bitwy które przeżyłem, na których byłem ranny i na których… zginąłem.
Radłów- bitwa, która wydarzyła się naprawdę
Tomaszów
Lubelski, Wyry, Opatów czy Węgierska Górka to wydarzenia, na które
rekonstruktor musi czekać cały rok. Im lepsza, ciekawsza impreza tym bardziej
nie można się jej doczekać. Człowiek czeka z utęsknieniem, odliczając dni.
To
zupełnie jak oczekiwanie na zestarzenie się dobrego wina. Czekamy cierpliwie by
w końcu skonsumować rarytas jakim może być dobre wino. W przypadku Radłowa
sytuacja jest bardziej skomplikowana, a apetyt wyostrza się jeszcze bardziej. Gmina
Radłów wychodzi z założenia (i bardzo słusznie), że lepiej jest organizować
inscenizacje co 2 lata, w tym czasie zebrać większe fundusze, a samą imprezę
zrobić bardziej okazałą. I tym razem było tak samo. Po wspaniałej inscenizacji
pod pałacem w Radłowie, musieliśmy czekać do roku 2014. Przez te dwa lata nasze
apetyty zostały wyostrzone bardzo silnie. Plany były oszałamiające, niestety z
niektórych z nich trzeba było zrezygnować z przyczyn bezpieczeństwa[1]. Mimo
wszystko bitwa wyszła okazale. Tutaj chylę czoła przed głównymi organizatorami
tej imprezy czyli Jackiem Andrzejczakiem i Grzegorzem Jurkiewiczem, którzy
poświecili wiele czasu i sił na tę inscenizację. Gdyby nie oni, i ich wola
zrobienia czegoś naprawdę dobrego i wielkiego, zarówno my rekonstruktorzy jak i
licznie zebrana publiczność (około 10.000) nie miałaby przyjemności z
uczestnictwa w tym wielkim wydarzeniu. Wiem też, że obu Panów to kosztowało
wiele nerwów, emocji, nieprzespanych nocy, nie wspominając o pracy, w którą to
wszystko włożyli. Jednego jestem pewien, kiedy patrzyli na efekt końcowy byli
na pewno dumni i szczęśliwi. Podobnie zresztą my byliśmy dumni z tej imprezy,
bo to był zaszczyt w niej uczestniczyć, a także z kolegów którzy dokonali
wielkiej rzeczy dla środowiska rekonstruktorskiego. Wracając jednak do samej
imprezy. Oczekiwanie było długie, choć zapewne dla Jacka i Grzegorza czasu było
zbyt mało. Cały sezon minął, po drodze zaliczyliśmy jeszcze kilka innych
rekonstrukcji, wyczekując tej „jedynej”. Sezon 2013 dobiegł końca, teraz trzeba
było przetrwać tylko zimę.
2014 rok,
maj i impreza otwierająca sezon rekonstruktorski w Wyrach. Do września jeszcze
daleko. Po drodze było już Święto Pułkowe, Węgierska Górka, imprezy upamiętniające
Bohaterów Września, wystawy, lekcje żywej historii itp. W końcu na kalendarzu
pojawiła się kartka 1 września. Ja w pracy, ciesząc się z obcowania z
młodzieżą, już nie mogłem się doczekać końca tygodnia. Chłopakom opowiadałem
bardzo wiele o samej rekonstrukcji jak i o bitwie, która rzeczywiście tam miała
miejsce. Dodatkowym miłym dla mnie akcentem był fakt, że na rekonstrukcję
wybrała się cała szkoła „Wierchy”, w której do dziś pracuję Ojcowie i synowie,
nauczyciele, tworzyli w istocie bardzo dużą grupę. Spotkanie po bitwie swoich
uczniów było dla mnie naprawdę wielkim, a powiem szczerze nawet głębokim przeżyciem.
Do dziś pamiętam, że z moją żoną w towarzystwie Janka Chołdy, Witolda Kędry,
Mateusza Celeja i Iwa Emilewicza jechaliśmy samochodem PZInż. To wszystko było
po bitwie. Wcześniej działo się znacznie więcej.
Minął
poniedziałek, wtorek, środa i czwartek. Nareszcie piątek. Zaraz po pracy
wróciłem do domu, przygotowując cały sprzęt na wyjazd. Mundur, buty, rzeczy na
przebranie, karabin, prowiant, wszystko co było niezbędne na weekend. Warto
zaznaczyć, że przed niedzielną batalią musieliśmy się jeszcze zmierzyć z siłami
niemieckimi w sobotę tym razem w odległym od Radłowa Opatowie. Tej bitwie
będzie jednak poświęcony osobny podrozdział. Zmęczeni, zgrzani i w pół żywi
zeszliśmy z pola opatowskiego. Szybko zjedliśmy ufundowany przez organizatora
posiłek i udaliśmy się do samochodu, by się przebrać i udać w podróż do
Radłowa. Przejazd z jednej miejscowości do drugiej trwał około 4 godzin, choć
tak naprawdę mogła, by być krótsza gdyby nie wizyta w jednym z przydrożnych
barów szybkiej obsługi. Jechaliśmy już nocą, przez miasta ozdobione kolorowymi
neonami, oświetlonymi przez szeregi latarni. Przemierzaliśmy również drogi
przez lasy, gdzie zawisła tajemnicza, złowroga mgła. Razem z kolegami
zaczęliśmy tworzyć mroczne, niestworzone historie. Niektóre pomysły
rzeczywiście przyprawiały nas o gęsią skórkę. Do Radłowa zajechaliśmy na
godzinę 22. Było już późno. Część osób, już spała, inni się przygotowywali do
jutrzejszych wydarzeń. Jeszcze inni raczyli się alkoholem, wspominając
poprzednie batalie lub wyjazd z Ukrainy, który jest opisany w kolejnym
rozdziale. Jak zawsze, co jest bardzo miłe, nasza rekonstruktorska brać bardzo
się ucieszyła na nasz widok. Dołączyliśmy do rozmów i wspólnej zabawy. Otrzymaliśmy
koszulki organizatora, zaprojektowane i wykonane przez jednego z członków
naszego stowarzyszenia Pawła Kulkę. Były one bardzo ładne. Czarne, z przodu z
znakiem 20 PPZK i z tyłu z napisem „Bitwa o Most – organizator”. Mocno
zmęczeni, podróżą, upałem i bieganiem na polu bitwy udaliśmy się do spania.
Trzeba było odpocząć. Jutro bitwa radłowska!
Już wczesny
poranek zaczął się na pełnych obrotach. Szybkie pakowanie się, ubieranie w mundur
i szereg innych zajęć, które nas wpędzały w bojowy nastrój. Na polu bitwy
pojawiliśmy się bardzo wcześnie. Jak zawsze trzeba było się rozejrzeć, gdzie co
jest oraz zapoznać się ze scenariuszem. Tegoroczny był bardzo bogaty i pełen
akcji. Zapowiadało się wyśmienicie. Na końcu panowie od pirotechniki
powiedzieli nam gdzie nam nie wolno wchodzić i jak są oznakowane pola
niebezpieczne. Potem był czas wolny. Można było się pokręcić i porozmawiać z
ludźmi. Jako rekonstruktorzy często jesteśmy zapraszani do wspólnych zdjęć,
ludzie wypytują nas o ciekawe historie, o broń, próbują pozyskać wiedzę w danym
temacie. Był też czas na swoje przyjemności: można było się przejechać repliką
samochodu PZinż skonstruowany przez strzelca z cenzusem Jacka Romanka, zjeść
coś dobrego albo spotkać się rodziną, która wspierała swą obecnością na
trybunach. Ja i sanitariuszka
Aleksandra Apryjas (prywatnie moja siostrzenica) poszliśmy w kierunku trybun
gdzie był mój brat z małżonką i synem. Chwilę porozmawialiśmy, wymieniliśmy
kilka zdań, potem oni udali się jeszcze pooglądać atrakcje towarzyszące całej imprezie.
Po krótkim spacerku po polu bitewnym ponownie z sanitariuszką Olą spotkaliśmy
rodzinę, tym razem moją siostrę z mężem i synem. Czas upływał bardzo powoli, a
żar z nieba lał się strumieniami. W suknie i w hełmie ciężko jest wytrzymać w
taki upał (pewnie już nie raz to podkreślałem w tej książce. Koniecznie kiedyś
spróbujcie). A tu jeszcze zaraz przyjdzie biegać po polu pełnym kopców,
nierówności i dołów. Jak by tego było mało teren walki znajdował się w samym
słońcu. Jak by ciągle było tego jeszcze wszystkiego mało, tym razem trzeba było
się zmierzyć nie tylko z niemiecką armią ale i też z potwornie ciężkim działem przeciwpancernym
Bofors. Powoli wały, na których siedziała publiczność zapełniała się po brzegi.
Ludzi było tysiące. Zbliżała się godzina zero. Nad publicznością pojawiła się
biało- czerwona flaga, która pokryła niemal całą widownię. Aspektów
patriotycznych było znacznie więcej, ale dziś już niestety nie wszystkie
pamiętam. Byłem chyba bardzo przejęty bitwą, która zaraz miała mieć miejsce.
Kapral
Jurkiewicz zawołał mnie do siebie i powiedział, żebym pakował się już do
samochodu, ponieważ za moment zaczyna się bitwa. Zasiadłem w rekonstrukcyjnym
samochodzie PZinż, który ciągnął naszą armatę Bofors. Obok mnie siedział
strzelec Wiśnicki i strzelec Siwek. Zacni towarzysze broni wyglądali na równie
przejętych co ja. O ile strzelec Siwek był jeszcze początkującym
rekonstruktorem, tak strzelec Wiśnicki był już w owym czasie wytrawnym strażnikiem
pamięci, o dużej wiedzy i z dużą ilością zaliczonych bitew. Mówiąc krótko,
człowiek o dużym doświadczeniu. Samochód szarpnął naszą przyczepę i zaczął
zmierzać ku wiosce. Jechaliśmy powoli po nierównym terenie, rozglądając się na
boki i oglądając piękno przyrody. Kątem oka widzieliśmy licznie przybyłą publiczność
(i dla takich chwil warto żyć). Po chwili dojeżdżamy do wioski. Jako
rekonstruktorzy już czujemy dreszczyk emocji. We wsi pijemy wodę podawaną przez
sanitariuszki. Jest gorąco, upał, a sukienne mundury wcale nie pomagają. Obok
nas chodzą wieśniacy przenoszący wiadra z wodą lub jakiś sprzęt rolniczy. Dopytują
się nas czy czegoś nam nie trzeba i czy Niemcy są daleko. W okolicy
przechadzają się inni żołnierze. Jest nas naprawdę dużo. Sanitariuszki
Kwaterska, Apryjas i Szuster starają się uwinąć jak najszybciej. Spragnionych żołnierzy
jest dużo, a one tylko trzy. Mimo to dzielnie się spisują i pomagają w gaszeniu pragnienia każdemu kto
tego potrzebuje. Nagle do wioski wpadają konno kawalerzyści. Jeden z nich jest
ranny. Dowiadujemy się, że napotkali niemiecką armię, która nadciąga w naszym
kierunku. W wiosce wybucha panika. Wieśniacy biegają w tylko sobie wiadomym
kierunku. Sanitariuszki starają się pomóc rannym i zmęczonym żołnierzom, zająć
się dziećmi. My natychmiast wsiadamy do samochodu i zabieramy Boforsa by zająć
odpowiednie pozycje. Opuszczamy wieś i kryjemy się w zagajniku obok. Stoimy w
cieniu drzew, publiczność nas nie widzi, możemy sobie pozwolić na chwilę
relaksu za nim zacznie się „piekło”. Jest to moment, w którym czujemy się
jakbyśmy brali udział w prawdziwej bitwie. Wkoło nie ma nikogo, żadnej
cywilizacji, a przez krótkofalówki kapitan Tomasz Szczygieł podaje rozkazy.[2] Najpierw
rozkaz brzmiał byśmy poszli na lewą flankę, po chwili jednak rozkaz został
wycofany. Odczekaliśmy moment i dostaliśmy nowy rozkaz. Trudno było coś
usłyszeć i trzeba było się mocno skupić. Po pierwsze słychać już było w oddali
warkot ciężkiego sprzętu, a po drugie nasze krótkofalówki strasznie
trzeszczały. Nawet głośno krzyczący kapitan nie mógł dać rady hałasowi dochodzącemu
z pola. Mieliśmy pędzić przez środek. Kapitan
Szczygieł kazał nam się spieszyć. Łączność została przerwana, a my
przystąpiliśmy do realizacji rozkazu. Zeskoczyliśmy z PZInża i odczepiliśmy
naszego Boforsa. Założyliśmy szelki[3] i się
zaczęło. Ciągnąc tego ciężkiego potwora umęczyliśmy się jak za dwie
rekonstrukcje. Koleiny, kamienie, kretowiska, leżący żołnierze, których trzeba
było omijać tylko utrudniali zadanie. Ja biegłem z tyłu ze skrzyniami z
amunicją i wcale nie miałem lepiej. Przystanęliśmy by oddać strzały w kierunku
niemieckich wozów bojowych. Cały czas jak to się mówi na pełnej petardzie. Albo
biegaliśmy z megaciężkim Boforsem, albo załadowywaliśmy armatę by oddać strzał.
Wcześniej trzeba było ją podkopać by była stabilnie ustawiona. Gdy oddaliśmy
kilka strzałów dowódca dawał znać, że pędzimy dalej. W pewnym momencie byliśmy
już bardzo blisko Niemców. Czołgi, wozy bojowe z swastykami, piechota była już
na wyciągnięcie ręki. Tak jak przewidywał scenariusz za chwilę miał być już
nasz koniec, i tak też się stało. W okolicy naszej armaty doszło do eksplozji.
Wszyscy z naszego oddziału zginęli, tylko mi jednemu się udało. Zostałem sam,
nie wiedziałem co robić bo w koło było mnóstwo Niemców, dużo ciał poległych
polskich żołnierzy. Nie miałem innego wyjścia jak tylko ucieczka. Zacząłem biec
gdy nagle usłyszałem: „Halt!!! hende hoch!!!”. Obróciłem się i widziałem już
Niemców celujących we mnie, biegłem dalej i kolejne co usłyszałem to strzały.
Kule (w mej wyobraźni) dosięgły moich pleców, upadłem na ziemię. Leżałem, teraz
dopiero poczułem, że moja koszula jest przemoczona, a z czoła leje się pot w
takich ilościach jakby ktoś na mnie chlusną wiadrem pełnym wody. Chełm był
nagrzany i czułem się jak w saunie. Słońce grzało i raziło mnie w oczy niemiłosiernie.
Słyszałem jak obok mnie przejeżdża czołg. Zastanawiałem się tylko (i to
całkowicie serio) czy kierowca czołgu mnie widzi. W końcu nie mogłem drgnąć,
ponieważ byłem martwy. Bałem się, że czołg mnie rozjedzie. Warkot silnika był
coraz głośniejszy. Temperaturę mojego ciała podkręcał nie tylko metalowy hełm i
sukno ale i emocje, „czy na pewno mnie widzi”. Na szczęście widział i
Panzerkampfwagen I, przejechał obok mnie. Minęło jeszcze z dobre 10 minut, gdy
nagle coś mnie trąciło a nade mną pojawiała się brzydka, czerwona, zła, wroga
twarz, zalana potem, w hełmie Wehrmachtu. Powiedział coś po niemiecku,
szturchnął mnie kolbą od karabinu, sprawdził kieszenie i poszedł dalej. Minęło
znów kilka minut jak ta sama twarz, nadal zalana potem, ale tym razem już
uśmiechnięta i całkiem przyjemna powiedziała mi po polsku, że inscenizacja
dobiegła końca. Mogłem nareszcie wstać, w czym pomógł mi wcześniej wspomniany
Niemiec. Było gorąco i kręciło mi się w głowie. Jak tylko wstałem od razu
sięgnąłem po manierkę z wodą. Chciało mi się nieludzko pić. Kiedy już wszyscy
polegli zmartwychwstali, ranni błyskawicznie doszli do zdrowia, a ich „kończyny
odrosły w cudowny sposób”, wszyscy zebraliśmy się w 2 kolumny: polską i
niemiecką. Ta inscenizacja niestety pokazała zwycięstwo Niemców. Ustawiliśmy
się przed publicznością i otrzymaliśmy gromkie, mocne brawa. Muszę przyznać, że
była to najlepsza rekonstrukcja na jakiej byłem.
Krótki rys historyczny
7 września
1939 roku wojska niemieckie wkroczyły do wsi, chcąc dostać się do mostu, który
pozwoli im na dalszą ekspansję, paląc ją doszczętnie. 80 % zabudowań wioski, to
jest około 200 budynków zostało spalonych. To tutaj odbyła się największa bitwa
kampanii wrześniowej w Małopolsce. Bitwa trwała nieprzerwanie przez 48 godzin.
Na polu walki leżało mnóstwo trupów, jak niektórzy świadkowie twierdzą mogło by
być ich nawet ponad trzysta. Nasi żołnierze spisywali się bohatersko nie
ustępując pola. Poczucie grozy zwiększała uciekająca z Radłowa ludność cywilna,
która po drodze opowiadał o Niemcach, którzy wyrywają Polakom języki. Była to
raczej plotka niż fakt. Walka o most trwała nieprzerwanie. 7 września około
godziny 19 Niemcy niespodziewanie weszli do miejscowości. Wjechali motocyklami,
a czołgami rozpętali ogień, paląc zabudowę wioski. 8 września żołnierze 20
Pułku Piechoty, 3 Pułku Strzelców Podhalańskich postanowili wyrzucić wroga z
wioski. Polacy zaatakowali z impetem ale niestety ta sztuka im się nie udała,
ponieważ niemal natychmiast napotkali silny kontratak z udziałem 50 czołgów.
Niemcy z kolei przypuścili silny atak na Szatanówkę, najbardziej wysunięty na
wschód folwark. Żołnierze Wehrmachtu nie zajęli go jednak, gdyż obrona 20 Pułku
Piechoty była nie do pokonania. Żołnierze z Krakowa zaciekle bronili terytorium
nie oddając przysłowiowego guzika. Polacy mimo rozwalonych dział i ostrego
ostrzału niemieckiego parli dalej w kierunku mostu by sprawdzić jego stan i
możliwość dalszej obrony. Niestety obrona polska padła. Niemcy zaatakowali
garstkę żołnierzy Wojska Polskiego, niektórzy zginęli w walce inni polegli
rozjechani przez gąsienice czołgów. Jeszcze inni docierali do rzeki, którą
normlanie można pokonać wpław. Niestety wykończeni polscy żołnierze, topili się
nie mając już sił na przeprawę. Ich ciała znajdowano kilkaset metrów dalej.
By
upamiętnić ten heroiczny czyn w Radłowie dziś stoi przepiękny pomnik
upamiętniający wielkich żołnierzy wiernych ojczyźnie do ostatniej kropli krwi,
do ostatniego tchnienia.
[1]
Planowano wysadzenie specjalnie skonstruowanego mostu na tę okazję. Ze względu
na bezpieczeństwo rekonstruktorów i publiczności straż pożarna nie dała zgody
na taki pomysł.
[2] Rzecz
jasna Łoki toki nie istniało w 39 roku a w polskim przypadku łączność nie była
najlepsza ale dzięki informacjom podawanym przez to narzędzie mieliśmy
wrażenie, że naprawdę bierzemy udział w walkach, nie koniecznie z tego okresu.
[3] Szelki
są to pasy, które pomagały ciągnięciu armaty.

Komentarze
Prześlij komentarz