Przejdź do głównej zawartości

Strażnicy Pamięci (14) - z pamiętnika rekonstruktora



 Rozdział 4
Bitwy które przeżyłem, na których byłem ranny i na których… zginąłem.
 
Fot. Wojciech Florek. Zdjęcie ilustracyjne.
Radłów- bitwa, która wydarzyła się naprawdę

Tomaszów Lubelski, Wyry, Opatów czy Węgierska Górka to wydarzenia, na które rekonstruktor musi czekać cały rok. Im lepsza, ciekawsza impreza tym bardziej nie można się jej doczekać. Człowiek czeka z utęsknieniem, odliczając dni.
To zupełnie jak oczekiwanie na zestarzenie się dobrego wina. Czekamy cierpliwie by w końcu skonsumować rarytas jakim może być dobre wino. W przypadku Radłowa sytuacja jest bardziej skomplikowana, a apetyt wyostrza się jeszcze bardziej. Gmina Radłów wychodzi z założenia (i bardzo słusznie), że lepiej jest organizować inscenizacje co 2 lata, w tym czasie zebrać większe fundusze, a samą imprezę zrobić bardziej okazałą. I tym razem było tak samo. Po wspaniałej inscenizacji pod pałacem w Radłowie, musieliśmy czekać do roku 2014. Przez te dwa lata nasze apetyty zostały wyostrzone bardzo silnie. Plany były oszałamiające, niestety z niektórych z nich trzeba było zrezygnować z przyczyn bezpieczeństwa[1]. Mimo wszystko bitwa wyszła okazale. Tutaj chylę czoła przed głównymi organizatorami tej imprezy czyli Jackiem Andrzejczakiem i Grzegorzem Jurkiewiczem, którzy poświecili wiele czasu i sił na tę inscenizację. Gdyby nie oni, i ich wola zrobienia czegoś naprawdę dobrego i wielkiego, zarówno my rekonstruktorzy jak i licznie zebrana publiczność (około 10.000) nie miałaby przyjemności z uczestnictwa w tym wielkim wydarzeniu. Wiem też, że obu Panów to kosztowało wiele nerwów, emocji, nieprzespanych nocy, nie wspominając o pracy, w którą to wszystko włożyli. Jednego jestem pewien, kiedy patrzyli na efekt końcowy byli na pewno dumni i szczęśliwi. Podobnie zresztą my byliśmy dumni z tej imprezy, bo to był zaszczyt w niej uczestniczyć, a także z kolegów którzy dokonali wielkiej rzeczy dla środowiska rekonstruktorskiego. Wracając jednak do samej imprezy. Oczekiwanie było długie, choć zapewne dla Jacka i Grzegorza czasu było zbyt mało. Cały sezon minął, po drodze zaliczyliśmy jeszcze kilka innych rekonstrukcji, wyczekując tej „jedynej”. Sezon 2013 dobiegł końca, teraz trzeba było przetrwać tylko zimę.
2014 rok, maj i impreza otwierająca sezon rekonstruktorski w Wyrach. Do września jeszcze daleko. Po drodze było już Święto Pułkowe, Węgierska Górka, imprezy upamiętniające Bohaterów Września, wystawy, lekcje żywej historii itp. W końcu na kalendarzu pojawiła się kartka 1 września. Ja w pracy, ciesząc się z obcowania z młodzieżą, już nie mogłem się doczekać końca tygodnia. Chłopakom opowiadałem bardzo wiele o samej rekonstrukcji jak i o bitwie, która rzeczywiście tam miała miejsce. Dodatkowym miłym dla mnie akcentem był fakt, że na rekonstrukcję wybrała się cała szkoła „Wierchy”, w której do dziś pracuję Ojcowie i synowie, nauczyciele, tworzyli w istocie bardzo dużą grupę. Spotkanie po bitwie swoich uczniów było dla mnie naprawdę wielkim, a powiem szczerze nawet głębokim przeżyciem. Do dziś pamiętam, że z moją żoną w towarzystwie Janka Chołdy, Witolda Kędry, Mateusza Celeja i Iwa Emilewicza jechaliśmy samochodem PZInż. To wszystko było po bitwie. Wcześniej działo się znacznie więcej.
Minął poniedziałek, wtorek, środa i czwartek. Nareszcie piątek. Zaraz po pracy wróciłem do domu, przygotowując cały sprzęt na wyjazd. Mundur, buty, rzeczy na przebranie, karabin, prowiant, wszystko co było niezbędne na weekend. Warto zaznaczyć, że przed niedzielną batalią musieliśmy się jeszcze zmierzyć z siłami niemieckimi w sobotę tym razem w odległym od Radłowa Opatowie. Tej bitwie będzie jednak poświęcony osobny podrozdział. Zmęczeni, zgrzani i w pół żywi zeszliśmy z pola opatowskiego. Szybko zjedliśmy ufundowany przez organizatora posiłek i udaliśmy się do samochodu, by się przebrać i udać w podróż do Radłowa. Przejazd z jednej miejscowości do drugiej trwał około 4 godzin, choć tak naprawdę mogła, by być krótsza gdyby nie wizyta w jednym z przydrożnych barów szybkiej obsługi. Jechaliśmy już nocą, przez miasta ozdobione kolorowymi neonami, oświetlonymi przez szeregi latarni. Przemierzaliśmy również drogi przez lasy, gdzie zawisła tajemnicza, złowroga mgła. Razem z kolegami zaczęliśmy tworzyć mroczne, niestworzone historie. Niektóre pomysły rzeczywiście przyprawiały nas o gęsią skórkę. Do Radłowa zajechaliśmy na godzinę 22. Było już późno. Część osób, już spała, inni się przygotowywali do jutrzejszych wydarzeń. Jeszcze inni raczyli się alkoholem, wspominając poprzednie batalie lub wyjazd z Ukrainy, który jest opisany w kolejnym rozdziale. Jak zawsze, co jest bardzo miłe, nasza rekonstruktorska brać bardzo się ucieszyła na nasz widok. Dołączyliśmy do rozmów i wspólnej zabawy. Otrzymaliśmy koszulki organizatora, zaprojektowane i wykonane przez jednego z członków naszego stowarzyszenia Pawła Kulkę. Były one bardzo ładne. Czarne, z przodu z znakiem 20 PPZK i z tyłu z napisem „Bitwa o Most – organizator”. Mocno zmęczeni, podróżą, upałem i bieganiem na polu bitwy udaliśmy się do spania. Trzeba było odpocząć. Jutro bitwa radłowska!
Już wczesny poranek zaczął się na pełnych obrotach. Szybkie pakowanie się, ubieranie w mundur i szereg innych zajęć, które nas wpędzały w bojowy nastrój. Na polu bitwy pojawiliśmy się bardzo wcześnie. Jak zawsze trzeba było się rozejrzeć, gdzie co jest oraz zapoznać się ze scenariuszem. Tegoroczny był bardzo bogaty i pełen akcji. Zapowiadało się wyśmienicie. Na końcu panowie od pirotechniki powiedzieli nam gdzie nam nie wolno wchodzić i jak są oznakowane pola niebezpieczne. Potem był czas wolny. Można było się pokręcić i porozmawiać z ludźmi. Jako rekonstruktorzy często jesteśmy zapraszani do wspólnych zdjęć, ludzie wypytują nas o ciekawe historie, o broń, próbują pozyskać wiedzę w danym temacie. Był też czas na swoje przyjemności: można było się przejechać repliką samochodu PZinż skonstruowany przez strzelca z cenzusem Jacka Romanka, zjeść coś dobrego albo spotkać się rodziną, która wspierała swą obecnością na trybunach. Ja i    sanitariuszka Aleksandra Apryjas (prywatnie moja siostrzenica) poszliśmy w kierunku trybun gdzie był mój brat z małżonką i synem. Chwilę porozmawialiśmy, wymieniliśmy kilka zdań, potem oni udali się jeszcze pooglądać atrakcje towarzyszące całej imprezie. Po krótkim spacerku po polu bitewnym ponownie z sanitariuszką Olą spotkaliśmy rodzinę, tym razem moją siostrę z mężem i synem. Czas upływał bardzo powoli, a żar z nieba lał się strumieniami. W suknie i w hełmie ciężko jest wytrzymać w taki upał (pewnie już nie raz to podkreślałem w tej książce. Koniecznie kiedyś spróbujcie). A tu jeszcze zaraz przyjdzie biegać po polu pełnym kopców, nierówności i dołów. Jak by tego było mało teren walki znajdował się w samym słońcu. Jak by ciągle było tego jeszcze wszystkiego mało, tym razem trzeba było się zmierzyć nie tylko z niemiecką armią ale i też z potwornie ciężkim działem przeciwpancernym Bofors. Powoli wały, na których siedziała publiczność zapełniała się po brzegi. Ludzi było tysiące. Zbliżała się godzina zero. Nad publicznością pojawiła się biało- czerwona flaga, która pokryła niemal całą widownię. Aspektów patriotycznych było znacznie więcej, ale dziś już niestety nie wszystkie pamiętam. Byłem chyba bardzo przejęty bitwą, która zaraz miała mieć miejsce.
Kapral Jurkiewicz zawołał mnie do siebie i powiedział, żebym pakował się już do samochodu, ponieważ za moment zaczyna się bitwa. Zasiadłem w rekonstrukcyjnym samochodzie PZinż, który ciągnął naszą armatę Bofors. Obok mnie siedział strzelec Wiśnicki i strzelec Siwek. Zacni towarzysze broni wyglądali na równie przejętych co ja. O ile strzelec Siwek był jeszcze początkującym rekonstruktorem, tak strzelec Wiśnicki był już w owym czasie wytrawnym strażnikiem pamięci, o dużej wiedzy i z dużą ilością zaliczonych bitew. Mówiąc krótko, człowiek o dużym doświadczeniu. Samochód szarpnął naszą przyczepę i zaczął zmierzać ku wiosce. Jechaliśmy powoli po nierównym terenie, rozglądając się na boki i oglądając piękno przyrody. Kątem oka widzieliśmy licznie przybyłą publiczność (i dla takich chwil warto żyć). Po chwili dojeżdżamy do wioski. Jako rekonstruktorzy już czujemy dreszczyk emocji. We wsi pijemy wodę podawaną przez sanitariuszki. Jest gorąco, upał, a sukienne mundury wcale nie pomagają. Obok nas chodzą wieśniacy przenoszący wiadra z wodą lub jakiś sprzęt rolniczy. Dopytują się nas czy czegoś nam nie trzeba i czy Niemcy są daleko. W okolicy przechadzają się inni żołnierze. Jest nas naprawdę dużo. Sanitariuszki Kwaterska, Apryjas i Szuster starają się uwinąć jak najszybciej. Spragnionych żołnierzy jest dużo, a one tylko trzy. Mimo to dzielnie się spisują  i pomagają w gaszeniu pragnienia każdemu kto tego potrzebuje. Nagle do wioski wpadają konno kawalerzyści. Jeden z nich jest ranny. Dowiadujemy się, że napotkali niemiecką armię, która nadciąga w naszym kierunku. W wiosce wybucha panika. Wieśniacy biegają w tylko sobie wiadomym kierunku. Sanitariuszki starają się pomóc rannym i zmęczonym żołnierzom, zająć się dziećmi. My natychmiast wsiadamy do samochodu i zabieramy Boforsa by zająć odpowiednie pozycje. Opuszczamy wieś i kryjemy się w zagajniku obok. Stoimy w cieniu drzew, publiczność nas nie widzi, możemy sobie pozwolić na chwilę relaksu za nim zacznie się „piekło”. Jest to moment, w którym czujemy się jakbyśmy brali udział w prawdziwej bitwie. Wkoło nie ma nikogo, żadnej cywilizacji, a przez krótkofalówki kapitan Tomasz Szczygieł podaje rozkazy.[2] Najpierw rozkaz brzmiał byśmy poszli na lewą flankę, po chwili jednak rozkaz został wycofany. Odczekaliśmy moment i dostaliśmy nowy rozkaz. Trudno było coś usłyszeć i trzeba było się mocno skupić. Po pierwsze słychać już było w oddali warkot ciężkiego sprzętu, a po drugie nasze krótkofalówki strasznie trzeszczały. Nawet głośno krzyczący kapitan nie mógł dać rady hałasowi dochodzącemu z pola.  Mieliśmy pędzić przez środek. Kapitan Szczygieł kazał nam się spieszyć. Łączność została przerwana, a my przystąpiliśmy do realizacji rozkazu. Zeskoczyliśmy z PZInża i odczepiliśmy naszego Boforsa. Założyliśmy szelki[3] i się zaczęło. Ciągnąc tego ciężkiego potwora umęczyliśmy się jak za dwie rekonstrukcje. Koleiny, kamienie, kretowiska, leżący żołnierze, których trzeba było omijać tylko utrudniali zadanie. Ja biegłem z tyłu ze skrzyniami z amunicją i wcale nie miałem lepiej. Przystanęliśmy by oddać strzały w kierunku niemieckich wozów bojowych. Cały czas jak to się mówi na pełnej petardzie. Albo biegaliśmy z megaciężkim Boforsem, albo załadowywaliśmy armatę by oddać strzał. Wcześniej trzeba było ją podkopać by była stabilnie ustawiona. Gdy oddaliśmy kilka strzałów dowódca dawał znać, że pędzimy dalej. W pewnym momencie byliśmy już bardzo blisko Niemców. Czołgi, wozy bojowe z swastykami, piechota była już na wyciągnięcie ręki. Tak jak przewidywał scenariusz za chwilę miał być już nasz koniec, i tak też się stało. W okolicy naszej armaty doszło do eksplozji. Wszyscy z naszego oddziału zginęli, tylko mi jednemu się udało. Zostałem sam, nie wiedziałem co robić bo w koło było mnóstwo Niemców, dużo ciał poległych polskich żołnierzy. Nie miałem innego wyjścia jak tylko ucieczka. Zacząłem biec gdy nagle usłyszałem: „Halt!!! hende hoch!!!”. Obróciłem się i widziałem już Niemców celujących we mnie, biegłem dalej i kolejne co usłyszałem to strzały. Kule (w mej wyobraźni) dosięgły moich pleców, upadłem na ziemię. Leżałem, teraz dopiero poczułem, że moja koszula jest przemoczona, a z czoła leje się pot w takich ilościach jakby ktoś na mnie chlusną wiadrem pełnym wody. Chełm był nagrzany i czułem się jak w saunie. Słońce grzało i raziło mnie w oczy niemiłosiernie. Słyszałem jak obok mnie przejeżdża czołg. Zastanawiałem się tylko (i to całkowicie serio) czy kierowca czołgu mnie widzi. W końcu nie mogłem drgnąć, ponieważ byłem martwy. Bałem się, że czołg mnie rozjedzie. Warkot silnika był coraz głośniejszy. Temperaturę mojego ciała podkręcał nie tylko metalowy hełm i sukno ale i emocje, „czy na pewno mnie widzi”. Na szczęście widział i Panzerkampfwagen I, przejechał obok mnie. Minęło jeszcze z dobre 10 minut, gdy nagle coś mnie trąciło a nade mną pojawiała się brzydka, czerwona, zła, wroga twarz, zalana potem, w hełmie Wehrmachtu. Powiedział coś po niemiecku, szturchnął mnie kolbą od karabinu, sprawdził kieszenie i poszedł dalej. Minęło znów kilka minut jak ta sama twarz, nadal zalana potem, ale tym razem już uśmiechnięta i całkiem przyjemna powiedziała mi po polsku, że inscenizacja dobiegła końca. Mogłem nareszcie wstać, w czym pomógł mi wcześniej wspomniany Niemiec. Było gorąco i kręciło mi się w głowie. Jak tylko wstałem od razu sięgnąłem po manierkę z wodą. Chciało mi się nieludzko pić. Kiedy już wszyscy polegli zmartwychwstali, ranni błyskawicznie doszli do zdrowia, a ich „kończyny odrosły w cudowny sposób”, wszyscy zebraliśmy się w 2 kolumny: polską i niemiecką. Ta inscenizacja niestety pokazała zwycięstwo Niemców. Ustawiliśmy się przed publicznością i otrzymaliśmy gromkie, mocne brawa. Muszę przyznać, że była to najlepsza rekonstrukcja na jakiej byłem.

Krótki rys historyczny
7 września 1939 roku wojska niemieckie wkroczyły do wsi, chcąc dostać się do mostu, który pozwoli im na dalszą ekspansję, paląc ją doszczętnie. 80 % zabudowań wioski, to jest około 200 budynków zostało spalonych. To tutaj odbyła się największa bitwa kampanii wrześniowej w Małopolsce. Bitwa trwała nieprzerwanie przez 48 godzin. Na polu walki leżało mnóstwo trupów, jak niektórzy świadkowie twierdzą mogło by być ich nawet ponad trzysta. Nasi żołnierze spisywali się bohatersko nie ustępując pola. Poczucie grozy zwiększała uciekająca z Radłowa ludność cywilna, która po drodze opowiadał o Niemcach, którzy wyrywają Polakom języki. Była to raczej plotka niż fakt. Walka o most trwała nieprzerwanie. 7 września około godziny 19 Niemcy niespodziewanie weszli do miejscowości. Wjechali motocyklami, a czołgami rozpętali ogień, paląc zabudowę wioski. 8 września żołnierze 20 Pułku Piechoty, 3 Pułku Strzelców Podhalańskich postanowili wyrzucić wroga z wioski. Polacy zaatakowali z impetem ale niestety ta sztuka im się nie udała, ponieważ niemal natychmiast napotkali silny kontratak z udziałem 50 czołgów. Niemcy z kolei przypuścili silny atak na Szatanówkę, najbardziej wysunięty na wschód folwark. Żołnierze Wehrmachtu nie zajęli go jednak, gdyż obrona 20 Pułku Piechoty była nie do pokonania. Żołnierze z Krakowa zaciekle bronili terytorium nie oddając przysłowiowego guzika. Polacy mimo rozwalonych dział i ostrego ostrzału niemieckiego parli dalej w kierunku mostu by sprawdzić jego stan i możliwość dalszej obrony. Niestety obrona polska padła. Niemcy zaatakowali garstkę żołnierzy Wojska Polskiego, niektórzy zginęli w walce inni polegli rozjechani przez gąsienice czołgów. Jeszcze inni docierali do rzeki, którą normlanie można pokonać wpław. Niestety wykończeni polscy żołnierze, topili się nie mając już sił na przeprawę. Ich ciała znajdowano kilkaset metrów dalej.
By upamiętnić ten heroiczny czyn w Radłowie dziś stoi przepiękny pomnik upamiętniający wielkich żołnierzy wiernych ojczyźnie do ostatniej kropli krwi, do ostatniego tchnienia.


[1] Planowano wysadzenie specjalnie skonstruowanego mostu na tę okazję. Ze względu na bezpieczeństwo rekonstruktorów i publiczności straż pożarna nie dała zgody na taki pomysł. 
[2] Rzecz jasna Łoki toki nie istniało w 39 roku a w polskim przypadku łączność nie była najlepsza ale dzięki informacjom podawanym przez to narzędzie mieliśmy wrażenie, że naprawdę bierzemy udział w walkach, nie koniecznie z tego okresu.
[3] Szelki są to pasy, które pomagały ciągnięciu armaty.

Komentarze

Obserwatorzy

Najchętniej czytane

Z TikToka do podręcznika. Moje sposoby na lekcje, które wygrywają z ekranem smartfona.

         W dzisiejszych czasach przeprowadzenie lekcji jest nie lada wyzwaniem. Młodzież potrzebuje silnych bodźców i dynamiki. Spędzając dużo czasu przed ekranem, oglądając szybkie, krótkie rolki na TikToku czy Instagramie, uczniowie szybko się nudzą, a praca z podręcznikiem staje się coraz mniej efektywna. By wyjść naprzeciw ich potrzebom, trzeba wykazać się dużą pomysłowością, aby uatrakcyjnić zajęcia. Chciałbym podzielić się z Wami moimi sposobami na to, by lekcja stała się ciekawsza.      Prezentowane metody wykorzystuję na historii w klasach 4–8. Pierwszą z nich są „laptopy historyczne”. To nazwa robocza, ale doskonale oddaje sedno zadania. Uczniowie bardzo je lubią i nieraz zaskoczyli mnie swoją inwencją. Praca wygląda następująco: uczniowie łączą się w 3-, 4- lub 5-osobowe grupy. Tworzą one tzw. redakcje i budują własny komputer. Za obudowę służy przyniesiona przez nich tekturowa teczka, do której ja dołączam wydrukowaną klawiaturę. Wierzc...

Strzeż się! Nadchodzi Siuda Baba!

      Obecnie w całej Polsce przeżywamy czas wielkiego tygodnia. Z tym okresem jest związanych wiele tradycji Wielkanocnych. Niektóre są znane w całym kraju, jak na przykład: tworzenie gałązek ozdobionych baziami, bibułą które zanosimy do kościoła w Niedziele Palmową, malowanie jajek, przygotowanie koszyczków wielkanocnych, niedzielne nabożeństwo upamiętniające Zmartwychwstanie, czy lany poniedziałek.      Są też i takie tradycje które są celebrowane tylko w niektórych częściach kraju albo tylko i wyłącznie w jednym regionie. Taką tradycją jest lednicka Siuda Baba. Według legendy na terenach dzisiejszej Lednicy Górnej, w czasach przed chrześcijańskich znajdowała się świątynia bogini Ledy. W jej wnętrzu palił się wieczny ogień, który nie miał prawa zgasnąć. Nad jego paleniem czuwała kapłanka, która pełniła roczną służbę. Raz do roku mogła opuścić świątynię, by znaleźć swoją zastępczynię. Złapana młoda dziewczyna mogła się wykupić. Jeśli nie było jej sta...

Strażnicy Pamięci (3) - z pamiętnika rekonstruktora

Rozdział 2 (cz. 1) Jak się znalazłem w rekonstrukcyjnym świecie?  Święto Pułkowe 20 PPZK, organizowane przez Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznej "Wrzesień 39"         Za oknem leje deszcz. Praca magisterska nie wiadomo dlaczego nie chce sama się pisać. W domu jest Mama, która rozwiązuje swoje ulubione krzyżówki, raz po raz zaglądając do telewizora, patrząc co się dzieje w świecie. Tata pisze kolejną pracę naukową, lub poprawia egzaminy studentów. Pewnie ściągali, bo Tata nie wydaje się być zbyt zadowolony.

Popularne posty z tego bloga

Z TikToka do podręcznika. Moje sposoby na lekcje, które wygrywają z ekranem smartfona.

         W dzisiejszych czasach przeprowadzenie lekcji jest nie lada wyzwaniem. Młodzież potrzebuje silnych bodźców i dynamiki. Spędzając dużo czasu przed ekranem, oglądając szybkie, krótkie rolki na TikToku czy Instagramie, uczniowie szybko się nudzą, a praca z podręcznikiem staje się coraz mniej efektywna. By wyjść naprzeciw ich potrzebom, trzeba wykazać się dużą pomysłowością, aby uatrakcyjnić zajęcia. Chciałbym podzielić się z Wami moimi sposobami na to, by lekcja stała się ciekawsza.      Prezentowane metody wykorzystuję na historii w klasach 4–8. Pierwszą z nich są „laptopy historyczne”. To nazwa robocza, ale doskonale oddaje sedno zadania. Uczniowie bardzo je lubią i nieraz zaskoczyli mnie swoją inwencją. Praca wygląda następująco: uczniowie łączą się w 3-, 4- lub 5-osobowe grupy. Tworzą one tzw. redakcje i budują własny komputer. Za obudowę służy przyniesiona przez nich tekturowa teczka, do której ja dołączam wydrukowaną klawiaturę. Wierzc...

Otwarcie sezonu górskiego: Pcim - Kudłacze - Łysina - Lubomir 904 m

Sezon chodzenia po górach mogę uznać za otwarty! W środę 25 IV wraz z Żoną odwiedziliśmy Beskid Makowski. Piękna pogoda, cisza i spokój na szlaku dały nam dużo radości i pozwoliły podładować baterie. Jakie były wrażenia oraz co możemy Wam doradzić znajdziecie w tekście poniżej. A że lubię konkrety to (mam nadzieję) będzie krótko i zwięźle ale oczywiście na temat. Zaczynajmy! Drogie Panie i Panowie... przed Państwem Lubogoszcz (968m) Na samym początku pragnę napisać jedną ważną rzecz: mieszkańcy Pcimia to niezwykle przyjaźni ludzie. Bardzo serdeczni, otwarci i mili. Najpierw kierowca busa nam pomachał, ot tak. Potem z uśmiechem na twarzy zagadał nas jeden mieszkaniec: "czy nie wracamy za wcześnie"? A była już godzina 16, więc żart bardzo nam się spodobał. Potem inny starszy miły Pan zapytał skąd to wracamy. Zaczął nam opowiadać o Beskidzie Makowskim. Naprawdę jestem pod wrażeniem życzliwości. Pcimianie i Pcimianki tak trzymać!!!

Strażnicy Pamięci (32) - z pamiętnika rekonstruktora

  Rozdział 8 Niezwykłe spotkania Zdjęcie pobrano z: http://www.program7.pl/spotkanie-z-kpt-konstantym-kopfem-zolnierzem-nsz/   Część 2 Kapitan Konstanty Kopf              Inną również bardzo ciekawą postacią jaką miałem przyjemność poznać to „Żołnierz Wyklęty” - kapitan Konstanty Kopf, pseudonim „Pewny”. Pan kapitan urodził się na Rzeszowszczyźnie. Wojna w 1939 roku zastała go w domu, szybko zgłosił się jako ochotnik do obrony kraju.