Rozdział 4
Bitwy które przeżyłem, na których byłem ranny i na których… zginąłem.
Bitwy które przeżyłem, na których byłem ranny i na których… zginąłem.
| Fot. Marta Kwaterska |
Strach w oczach – Opatów
Rekonstrukcyjna
mapa Polski, jest bardzo bogata. W naszym kraju odbywa się coraz więcej imprez
z inscenizacjami walk wrześniowych. Od 2012 roku tę mapę wzbogaciła miejscowość
Opatów, koło Częstochowy. Historia II Wojny Światowej również i tu pozostawiła
swoje znamię.
Tutaj odbywały się ciężkie walki wrześniowe. Ziemia ta wypiła
dużo Polskiej krwi ale również i tutaj nasi żołnierze wyszli z honorem i
pokazali prawdziwe męstwo. W 2012 roku przyjechaliśmy tu po raz pierwszy na
specjalne zaproszenie. Musieliśmy się dobrze zaprezentować, zaimponować
profesjonalizmem i ostatecznie spodobać, ponieważ rok później również
zostaliśmy zaproszeni. Pogoda była idealna, piękne gorące słońce, bezchmurne
niebo. Miejsce gdzie odbywała się inscenizacja to miejsce gdzie rzeczywiście
odbyła się walka Wojska Polskiego z siłami niemieckimi. Ta ziemia była
świadkiem tamtych tragicznych wydarzeń, byliśmy w dokładnie tym samym miejscu
gdzie blisko 70 lat wcześniej walczyli polscy żołnierze broniąc polskich granic.
Kiedy
przyjechaliśmy na miejsce, a podróż była długa ponieważ nie mogliśmy znaleźć
pola bitwy, przygotowaliśmy cały sprzęt. Nie było tak „bogato” jak rok
wcześniej kiedy to towarzyszył nam moździerz wz. 31[1], polski granatnik
wz. 36[2], i
jeszcze kilka innych drobnych atrakcji. Na szczęście towarzyszyła nam nasza
armata przeciwpancerna Bofors, która jest naszą wielką chlubą. Proszę sobie
tylko wyobrazić twarze ludzi, którzy mijają naszą przyczepę z załadowaną
armatą. Po rozładunku mogliśmy się posilić śniadaniem oraz wykorzystać czas na
zwiedzenie okolicy. Po posiłku i chwili rozrywki w postaci spaceru, były już tylko
obowiązki. W zakres naszych obowiązków wchodziło: robienie sobie fotografii z
przybyłymi ludźmi spragnionymi historii i militariów, opowiadanie o historii
Wojska Polskiego oraz odpowiadanie na pytania dotyczące uzbrojenia armii II
Rzeczpospolitej. Po całym dniu tak zwanego „miśkowania”[3]
przyszedł czas na batalię. Ustawiliśmy się w szyku, a następnie zostaliśmy
przetransportowani na miejsce pola walki. Kolejność wydarzeń taka sama jak
zawsze: scenariusz, omówienie kwestii bezpieczeństwa, odpoczynek i bitwa. Nie
chciałbym Was, drodzy czytelnicy zanudzać po raz kolejny standardowymi
procedurami. Inscenizacja z roku 2013 była naprawdę bardzo dobra. Trzeba chylić
czoła przed organizatorem, który z roku na rok podwyższa poprzeczkę, a widowiska
stają się coraz atrakcyjniejsze. Scenariusz był ciekawy, dynamiczna akcja, dużo
broni i możliwości do strzelania. Zabawa przednia i publiczność dopisała. Tym
razem powodem by zapamiętać tę rekonstrukcję, będzie nie tylko atrakcyjny
scenariusz i wartka akcja w czasie inscenizacji ale też „niebanalne” żarty panów
pirotechników. W szczególności jednego.
Kiedy
aktorzy rekonstrukcyjnego teatru już wiedzą gdzie będą odgrywali swoje rolę idą
w wyznaczone miejsce by mu się przyglądnąć. Dobrze jest zapoznać się ze
stanowiskiem, które się zajmuje. Oglądnąć ukształtowanie terenu, zobaczyć gdzie
są jakie dziury czy chaszcze. Łatwiej wtedy uniknąć jakiś niespodzianek typu
kontuzje. Strzelcy w okopach, obsługa granatnika gdzieś w polu, a my obsługa
Boforsa oglądamy miejsce gdzie stoi nasza armata. Wszystko na pierwszy rzut oka wygląda
wspaniale i bez zarzutu. Nasz Bofors stoi zakamuflowany, otoczony workami,
słomą, z przodu jakaś dykta. Właśnie owa dykta przykuła nasza uwagę i
postanowiliśmy zobaczyć co jest przednią i przed czym ona nas osłania lub co
zakrywa. Przed dyktą był dół, a w nim całe mnóstwo pirotechniki. Pomyśleliśmy,
że wszystko jest dobrze ale kolega Grześ, który lubi mieć rękę na pulsie
zasięgnął języka u człowieka odpowiedzialnego za piro. Na początku nie
zwracałem na to uwagi, bo rzecz niespecjalnie mnie interesowała. Zaczęła mnie
interesować, kiedy mój towarzysz rekonstrukcyjnej niedoli, a prywatnie
serdeczny przyjaciel, robił się coraz bardziej czerwony i zirytowany.
Usłyszałem koniec tylko rozmowy:
Pan od Pirotechniki: „Na wojnie tak bywa, nie ma co się bać”
(kończy wypowiedź perlistym śmiechem)
Grześ: „No raczej żart nie na miejscu, niech to pan powie chłopakowi z
Westerplatte!”
![]() |
| Fot. Marta Kwaterska |
Grzegorz odszedł mocno wkurzony.
Zaraz podszedłem do niego i zapytałem o co chodzi. Mianowicie cały ładunek,
który był przed nami, to były nie wypały z okresu kilku lat. Ilość była
olbrzymia i teraz wzbudziła w nas obawy. Tyle ładunku przed nami, a nas
oddziela cieniutka dykta. Sytuacja taka skłania do myślenia i zachęca do
modlenia się. Intrygowało mnie jeszcze co się stało z wspomnianym mężczyzną na
Westerplatte. Starszy strzelec Jurkiewicz wyjaśnił mi, że właśnie tydzień przed
imprezą na której się znajdowaliśmy była rekonstrukcja upamiętniająca wydarzenia
na Westerplatte. W czasie jej trwania doszło do bardzo silnej eksplozji, a
jeden z rekonstruktorów znalazł się w zakazanej strefie[4]. Nie
trudno się domyśleć, że doszło do tragedii. Żołnierz został ciężko ranny, jego
wnętrzności dosłownie wylały się na zewnątrz ciała. Ten młody mężczyzna został
od razu przetransportowany do szpitala i dzięki świetnej akcji lekarzy jego
życie zostało uratowane, ale to wszystko mogło zakończyć się mniej szczęśliwie.
Po tym jak usłyszałem tę historię nogi mi się ugięły a moje morale sięgnęły
poziomu podłoża, na którym stałem. Koledzy Wiśnicki, Guziak i Jurekiwicz też mieli
miny nietęgie. Za moment miała się zacząć inscenizacja, a my zastanawialiśmy
się jak to będzie i proszę mi wierzyć – nie było nam do śmiechu. Powoli
rekonstruktorów przybywało na miejscu, gdzie zaraz miał się rozpocząć
rekonstruktorski bój. Wiedzieliśmy, że już nie możemy się wycofać z pola bitwy.
Wszystko zostało już w rękach Boga. Początek inscenizacji przewidywał atak
niemieckich sił na Polaków. My mieliśmy się bronić i wypierać Niemców. Załoga
Boforsa miała za zadanie ostrzeliwać niemiecką ofensywę. Spisywaliśmy się
całkiem dobrze. Atmosferę podgrzewało nie tylko mocno palące się słońce ale i
fantastyczny komentarz profesora Olejko, który jest obdarzony nie tylko darem
krasomówstwa ale i także pięknym, tajemniczym głosem. W głowie cały czas miałem
pytanie co będzie jak to wszystko huknie co jest przed nami i czy wszystko
skończy się dobrze. Pamiętam jeszcze, że człowiek, który przygotowywał piro[5] w
miejscu przed nami, próbował nas uspokoić, tłumacząc nam, że nic nie może nam się
stać, ale żebyśmy zwrócili uwagę na opadające kawałki papieru, szczątki
opadających petard, ponieważ te mogą się palić i kiedy opadną mogą nam wypalić
dziury w mundurach lub nas poparzyć. Wątpliwe pocieszenie. Zapewne zobaczył
zdenerwowanie Grzegorza i postanowił trochę ugasić pożar, który wzniecił.
Inscenizacja trwała w najlepsze. Polscy żołnierze walczyli z Niemcami, a kres
załogi Boforsa zbliżał się niemiłosiernie. Długo oczekiwany moment w końcu
nastał. Olbrzymi huk, wielki wybuch ogłuszył nas na kilka sekund, w uszach
piszczało nieludzko. W koło nie było widać nic, tylko otaczającą nas mgłę,
efekt zdetonowanego ładunku pirotechnicznego. Kiedy słuch zaczął powoli wracać
słychać było jeszcze opadający piasek i drobne kamyczki, które zatrzymywały się
na naszych hełmach i mundurach. Zwykle zielone, stały się popielate. Wrażenie
jak z prawdziwej bitwy: strzały, krzyki i ten dźwięk opadającego pyłu i prochu.
Dym w koło nas unosił się naprawdę długo, dziś nie jestem w stanie powiedzieć
ile to trwało, ale pamiętam, że naprawdę długo. W głowie szczególnie utkwiło mi
jeszcze nerwowe rozglądanie się. Co jakiś czas (kilka sekund) patrzyłem za
siebie, by sprawdzić czy nie spadł na mnie jakiś palący się kawałek. Po każdym
obrocie głową oddychałem z ulgą stwierdzając, że ani ja, ani moje spodnie się nie
palą. Gdy tylko nie patrzyłem na siebie, doglądałem kolegów by sprawdzić czy
przypadkiem oni się nie palą. Rzeczywiście sporo spadało tlących się kawałków
rozwalonych petard. Żadna na szczęście nie sprawiła nam krzywdy. Inscenizacja
zakończyła się szczęśliwie, skończyło się na strachu, a po przyjeździe do
Radłowa było co opowiadać. Niestety koledzy „polegli” w tej bitwie, ja tym
razem byłem tym ocalonym, choć lekko rannym.
Po udanej
rekonstrukcji przyszedł czas na szybki posiłek dla wyczerpanych wojaków. Trzeba
było jednak jeść naprawdę prędko, przed nami jeszcze była trasa do Radłowa
gdzie miała się odbyć wielka bitwa… Wówczas nie zdawaliśmy sobie sprawy jak
wielka.
[1]
Moździerz był produkowany w Polsce na francuskiej licencji. W skład polskiej
armii wchodziło około 900 takich moździerzy.
[2] Polski granatnik produkowany przez Zakłady Budowy Maszyn i Aparatury im. Ludwika Zieleniewskiego. Była to
polska myśl techniczna i wykonanie. Łącznie wyprodukowano około 3500
egzemplarzy.
[3] W slangu
rekonstruktorskim, chodzenie w mundurze, robienie sobie zdjęć z ludźmi, pokazywanie
broni dzieciom itp.
[4] Miejsce
gdzie w czasie rekonstrukcji absolutnie nie wolno chodzić, ponieważ znajdują
się tam ładunki pirotechniczne.

Komentarze
Prześlij komentarz