Rozdział 6
Wehikuł czasu
Część 1
 |
| Fot. Bartosz Wiśniewski |
Wehikuł
czasu jest marzeniem niejednego z nas. Jest przedmiotem fascynacji reżyserów,
autorów książek i twórców gier. Wielu marzy, by posiadać taki sprzęt, by
podróżować po przestrzeniach czasowych. Jedni chcieli by coś zmienić w swoim
życiu, jeszcze inni chcieliby zobaczyć na własne oczy, jak to było dawniej,
kiedy to na naszych ziemiach rządzili królowie. Byli też i tacy, którzy chcieliby
wykorzystać taką maszynę do swoich niecnych zamiarów.
Rzecz jasna stworzenie
takiej maszyny jest nierealne i może jedynie pozostać obiektem westchnień
marzycieli i wielbicieli przygód fantasty. Mimo, że nie dysponujemy
technologią, która by pozwoliła podróżować w czasie nie jest powiedziane, że w
tym czasie nie możemy się „przenosić”. Jednym z wielu atutów grup
rekonstrukcyjnych jest
to, że właśnie taką
podróż w czasie można odbyć. Jak to się dzieje, postaram się opisać właśnie w
tym rozdziale.
 |
| Fot. Bartosz Wiśniewski |
Aby
podróżować w czasoprzestrzeni, trzeba spełniać jeden podstawowy warunek, bez
którego nigdzie nie ruszymy. Tym bezwzględnym warunkiem jest wyobraźnia.
Otoczenie, stroje, drobne przedmioty, klimat panujący w koło nas będzie nam
sprzyjał, więc wystarczy odrobina wysiłku. Postaram się podać kilka przykładów
podróży w czasie. Przypominam wszystko zależy od nas, otoczenie może nam
sprzyjać ale uruchomienie wyobraźni to podstawa. Bez tego niewiele wskóramy.
Mimo
wielkiej wyobraźni, też oczywiście wiele zależy od otoczenia. Jeśli wokół nas
widać kłęby dymu z fabryk, po przeciwnej strony ulicy mamy żółtą literę M
będącą logiem znanej marki fast food, znaną na całym świecie, a obok nas trąbi
mężczyzna siedzący w swoim nowym Mercedesie to nic nam nie pomoże. Najlepsze
warunki do podróży panują na łonie natury, to jest na łąkach, w lasach lub nad
jeziorem. Miasto też może być dobrym
miejsce do podróży, na przykład wnętrza starych kamienic, forty, dwory, stare
zabudowania itp.
 |
| Fot. Bartosz Wiśniewski |
 |
| Fot. Bartosz Wiśniewski |
Jedną z moich
pierwszych podróży w czasie był wyjazd na manewry stowarzyszeniowe.
Pojechaliśmy w okolice Zawadki koło Lublina. Piękne, dziewicze tereny gdzie
jest mnóstwo łąk i lasów. Warunki na podróż w czasie idealne. Przyjechaliśmy
późnym wieczorem, więc rozłożyliśmy namioty, przygotowaliśmy się do spania i…
usiedliśmy do kiełbaski i piwka. Nie ucztowaliśmy zbyt długo, ponieważ rano
czekała nas ciężka trasa. Z samego rana wstaliśmy i ubraliśmy się w mundury.
Przygotowani do wymarszu ustawiliśmy się dwójkami. Marszowi towarzyszyła
piosenka żołnierska „Kalina, malina”, skoczna, marszowa piosenka. Maszerowało
się całkiem przyjemnie przez jakieś 500 metrów dopóty, dopóki byliśmy pod
ochroną drzew, które dawały cień. Kiedy skończyła się ta protekcja wyszliśmy na
nagrzany asfalt, z dołu od drogi bił upał, z góry lał się żar prosto z nieba, a
my w sukiennych mundurach, objuczeni karabinami, RKM-ami, plecakami
wypełnionymi manierkami z wodą i menażkami z jedzeniem. Kiedy doszliśmy do
zagajnika nasz dowódca zarządził przerwę. Po krótkim odpoczynku, który
wykorzystaliśmy na wysłuchanie wykładu o granatach i ich zastosowaniu,
produkcji, itp. wyruszyliśmy w dalszą drogę. Ta już była znacznie
przyjemniejsza, ponieważ maszerowaliśmy przez wspomniane wcześniej łąki i lasy.
I właśnie tu doszło do pierwszej podróży w czasie. Z kolegami byliśmy w samym
środku łąki. Wszędzie było soczyście zielono lub intensywnie żółto.
Gdzieniegdzie było słychać brzęczenie much lub przygrywanie koników polnych. Na
horyzoncie wystawały wysokie drzewa, ponad nimi piękne białe chmury. Kiedy
patrzyłem przed siebie widziałem tylko plecy kompana, kiedy obróciłem się za
siebie uśmiechał się do mnie kolega zlany potem, czerwony od upału, w rogatywce
Wojska Polskiego z pięknym dumnym Białym Orłem. W koło nie było nic więcej.
Zupełnie jak bym się przeniósł jakieś siedemdziesiąt lat wstecz i był w środku
przemarszu wojska, które zmierza tylko w sobie wiadomym kierunku. W koło żadnej
żywej duszy, tylko my. Widok jest niesamowity, zmęczone, zalane potem twarze
moich kolegów, cisza w naszych szeregach uzmysłowiła mi jak wiele musieli
włożyć wysiłku nasi wrześniowi żołnierze, albo ci walczący po 45 roku. Cisza wkoło,
szelest deptanej trawy, dodawały klimatu. Maszerowaliśmy przemierzając pola
zbóż, ścieżki i polany. Idąc już dłuższy czas poczułem dreszczyk emocji. Na
naszej drodze pojawiła się stara drewniana chatka. Schodząc z polany dowódca
dał rozkaz by rozstawić się w szachownicę i przyklęknąć. Jeden z naszych
kolegów podszedł bliżej chatki by zorientować się czy jest ona zamieszkana, czy
może opuszczona. Po pierwsze by móc bezpiecznie przemaszerować obok niej, a po
drugie by nikogo nie wystraszyć i nikomu nie sprawić jakiejś przykrości.
Starsze osoby mogłyby różnie zareagować widząc maszerujących z bronią
żołnierzy. Po rozpoznaniu dostaliśmy sygnał, że możemy bezpiecznie
przemaszerować. Chata robiła wrażenie opuszczonej i taką zresztą też była.
Wyglądała ona dosyć malowniczo, stare drewniane okna, koło domu drewniane
beczki pełne wody. Niestety nie mogliśmy skorzystać z niej ponieważ nie
wiedzieliśmy co to jest za woda. Marsz trwał już długo, czuliśmy zmęczenie w
nogach i lejący się żar z nieba. Byliśmy bardzo utrudzeni ale nie narzekaliśmy.
Nagroda była wielka. Koło południa, może
trochę po południu dotarliśmy do wału za którym kryła się rzeka. Do dziś
pamiętam jej rdzawy kolor, który zawdzięczała dużej ilości bakterii żelazowych.
Widok przepiękny. No i oczywiście jej chłodząca temperatura. Raj na ziemi!
Kiedy wpadaliśmy do rzeki, to już trudno było nas z niej wyciągnąć.
Siedzieliśmy w niej chyba z godzinę. W męskim towarzystwie nie zabrakło
zapasów, wyścigów lub innych zabaw gdzie mogła pojawić się rywalizacja. Po
dłuższej chwili wyszliśmy na brzeg by wyschnąć i coś zjeść, by następnie dalej
wyruszyć w drogę. Tym razem już powrotną do domu.
Komentarze
Prześlij komentarz