Rozdział 6
Wehikuł czasu
Wehikuł czasu
Część 3
Przykładów
podróży w czasie można by spisać wiele. Ja chciałbym podzielić się z Wami tymi,
które najbardziej zapadły mi w pamięci, i które uznałem za najbardziej
wartościowe. Taką właśnie podróżą w czasie były manewry naszego SRH. To
wspomnienie tak naprawdę mogłoby trafić do rozdziału pod tytułem „SRH na
ekranie”, ponieważ manewry te były organizowane na potrzeby skromniej produkcji
hiszpańskiego reżysera amatora Oscara Galanskyego, który kręcił filmy
dokumentalne o grupach rekonstrukcyjnych z Europy.
Co ciekawe sam Oscar należał
do hiszpańskiej grupy rekonstrukcyjnej, która odtwarzała Wojsko Polskie. Brała
ona udział w obchodach i uroczystościach przy ambasadzie polskiej w Madrycie.
Sam Oscar był Hiszpanem, którego ojciec był Ukraińcem, a matka Polką. Pewnego
dnia odezwał się on do naszego SRH i zająłem się sprawą, to znaczy utrzymywałem
z nim kontakt i przekazywałem informacje do prezesa naszego SRH. Ustalono, że
nasze SRH zorganizuje manewry zimowe, które on sam będzie mógł sfilmować. Efekt
był znakomity. Nasz reżyser podszedł profesjonalnie do sprawy, wszystko nagrał
i w ciekawy sposób zmontował. Jak jednak wyglądał sam film?
Nad
scenariuszem pracował niezastąpiony Grzegorz Jurkiewicz. Pomysł na historię był
taki: grupa partyzancka odtwarzana przez nasze stowarzyszenie otrzymuje
informacje, że w okolicy będzie zrzucona paczka przez angielskich lotników.
Zadaniem naszego oddziału było znalezienie i przejęcie ładunku, zanim to
jeszcze zrobią Niemcy. Naszymi siłami dowodził rotmistrz Gładysz. Sceny były
kręcone w okolicach wsi Nielepice. W zimowej aurze przemierzaliśmy lasy i
polany przykryte białym puchem. Ubrany w piękny polski mundur i płaszcz byłem
dobrze zabezpieczony przed zimnem. Na polu[1] panowała
temperatura 15 stopni mrozu. Dzięki ciepłemu mundurowi i płaszczowi nie czułem
zimnego powietrza. Mógłbym spokojnie napisać, że było idealnie, w sam raz. Kiedy
jednak opuszczaliśmy las i wchodziliśmy na polanę, gdzie słońce mocno operowało
zaczynało mi się robić wręcz gorąco. I znów scenka z wehikułu. Wyobraźcie sobie
błękitne niebo, polanę całą białą zasypaną śniegiem, u góry mocne rażące
słońce, a na tej polanie maszerujących gęsiego partyzantów. Ja właśnie taki
widok miałem przed oczyma i widzę go do dziś. Żołnierzy poubieranych w różne
stroje; (jak to partyzanci) jedni mieli niemieckie panterki, inni mundury
polskie, jeszcze inni cywilne stroje. Wszystko jednak jakby przybyło z lat
czterdziestych XX wieku. Nasza grupa partyzancka liczyła 12 może 14 osób.
Oprócz sił „Wrzesień 39” był jeszcze z nami mój kuzyn Maciej Zgudka, który
przyjechał w odwiedziny z Warszawy. Przez cały tydzień zachodziłem w głowę co
by tu wymyślić, żeby znaleźć jakąś ciekawą rozrywkę dla niego. Sprawa była o
tyle trudna, że kuzyn często mnie odwiedza i Kraków zna już naprawdę wybornie.
Co gorsza nie tylko gród Kraka zna dobrze ale także i jego okolice. Jak by tego
było mało, poczułem wyzwanie, ponieważ kiedy ja jestem u Maćka zawsze mogę
liczyć na niebanalne atrakcje i masę rozrywki. Nie miałem pojęcia czym go tu
zaskoczyć. Więc kiedy dowiedziałem się, jaki jest termin kręcenia filmu
wiedziałem, że dla mojego kuzyna będzie to nie lada gratka. I rzeczywiście był bardzo
zadowolony. Tym samym jak to się mówi- upiekłem dwie pieczenie na jednym ogniu.
Kuzyn nie dość, że mógł ponownie odwiedzić Kraków, wziąć udział w produkcji
filmu, to jeszcze zobaczył najprawdziwszą scenę batalistyczną. Od początku
naszym zadaniem było znalezienie paczki, o której wiedzieliśmy z meldunku od
dowództwa AK w Krakowie. Szukaliśmy wszędzie, w starych opuszczonych domach w
lesie, w chaszczach koło polany, przeczesaliśmy łąki i zagajniki. Przy
poszukiwaniach rozstawialiśmy czujki tak by nikt nas nie zauważył, ani
miejscowa ludność- by jej nie przestraszyć, ani w żadnym wypadu Niemcy, którzy
mogli być w pobliżu. Podczas przeczesywania terenu, w końcu znaleźliśmy paczkę
wraz z dokumentami. Okazała się być przy drodze, która wiodła do sąsiedniej
wsi. Z dołączonego listu dowiedzieliśmy się również, że oprócz paczki mamy
jeszcze za zadanie odbić angielskiego lotnika, który wpadł w ręce Niemców,
którzy zestrzelili samolot. Udaliśmy się z powrotem do lasu. Ten z kolei
przeczesywaliśmy w bezwzględnej ciszy. Nikt z nikim nie rozmawiał, panowała
grobowa cisza, a porozumiewaliśmy się tylko znakami niewerbalnymi. Poruszaliśmy
się bardzo powoli stąpając wyjątkowo ostrożnie, tak by pozostać niezauważonym
ani nieusłyszanym. Szukaliśmy niemieckich żołnierzy, którzy mieli pojmać
angielskiego lotnika. Nagle padły strzały. Nie wiadomo, z której strony. Jeden,
drugi, trzeci, nadal nie wiadomo skąd. Wiedzieliśmy tylko, że natrafiliśmy na
Niemców. Poukrywaliśmy się za drzewami, za skarpami, które były blisko. W końcu
doszło do wymiany ognia i kiedy zabrakło amunicji po obu stronach doszło do
walki wręcz. Polacy okazali się lepsi i wygrali. Kolega Jurkiewicz, który
odtwarzał rolę brytyjskiego oficera sił powietrznych został uwolniony. Nie
obeszło się bez rannych i zabitych, którzy w filmie giną, a zaraz po zakończeniu
kręcenia zdjęć, zmartwychwstają. Zabawa była przednia, świetnie się bawiliśmy.
Na koniec wróciliśmy do wsi, gdzie pozostawiliśmy auta obok remizy strażackiej.
W środku budynku, czekała na nas pyszna wiejska kiełbasa, pajdy chleba i ciepła
herbata.
Jeżeli by
ktoś chciał obejrzeć, któryś z filmów to gorąco zapraszam. Jestem przekonany,
że każde z tych dzieł znajdzie swojego wielbiciela. Najprościej obejrzeć można
ten ostatni, w reżyserii Oscara Galanskyego, który jest umieszczony na naszej
stronie internetowej SRH Wrzesień 39, w zakładce filmy: pod tytułem „Manewry
Zimowe”. Jeśli ktoś się zdecydował na obejrzenie tego jedenastominutowego filmu
pełnego napięcia i akcji, nietuzinkowych efektów specjalnych oraz
naszpikowanego plejadą gwiazd, jestem pewien, że nie będzie żałował.
[1]
Wybaczcie, że nie piszę na dworze ale jestem rodowitym Krakusem z krwi i kości.
Ja wychodzę na pole.
Bardzo ciekawy wpis. Jednak zastanawia mnie twoje spojrzenie na rekonstrukcje jako zabawe. Jest to pewien sposób miłego spedzania czasu ale czy rzeczywiscie ma to coś wspólnego z rzeczywistością jaka była w '39 roku? Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńWitam
OdpowiedzUsuńDziękuję za komentarz i zadane pytanie. Rekonstrukcji nie postrzegam jako tylko zabawy. Myślę, że to coś znacznie więcej (pisałem o tym w poprzednich postach). Manewry na pewno nie pozwolą poczuć tego co czuł żołnierz wrześniowy. Zmęczenie, wysiłek może tak... emocje, ból, przeżycia - nigdy.
Pozdrawiam serdecznie, Jerzy Borkowski
Hej, też śledzę tego bloga (interesuje mnie historia i rozpowszechnianie jej) i nie mogę się powstrzymać przed komentarzem: rekonstrukcje są ważne! Nawet jeśli poniekąd przybierają formę zabawy to przede wszystkim ich ideą jest pokazywanie ludziom jak wyglądało dawniej życie, walka. To istotne szczególnie dla dzieci: należy przekazywać im wiedzę w możliwie jak najatrakcyjniejszej formie.
OdpowiedzUsuńNa facebooku dałbym: Lubię to! ;P
UsuńPozdrawiam serdecznie, Jerzy Borkowski
P.S
Bardzo mi miło, że ktoś śledzi tego bloga :) Fajnie jest pisać dla kogoś.
Haha, patrząc na licznik wyświetleń, czytelników jest wielu! Pozdrawiam również i czekam na dalsze posty o rekonstrukcjach i nie tylko.
OdpowiedzUsuń