Rozdział 7
Misja „Ukraina”
| Fot. Mariusz Dziekański |
Część 1
W całej tej książce rozdział siódmy
jest najważniejszy. Po pierwsze to właśnie te wspomnienia były inspiracją do
napisania tej książki (tudzież blogu), a po drugie to właśnie od tych przeżyć, wspaniałych
chwil zacząłem pisać tę pozycję. Są to momenty mojego życia, do których
uwielbiam wracać i robię to bardzo często.
Z wielu zresztą powodów. To właśnie
na tej misji (jak ją osobiście nazywam) przeżyłem prawdziwą przygodę, poczułem
satysfakcję z dobrze wykonanej pracy oraz dumę z tego, że jestem Polakiem.
Także tu miałem poczucie, że coś zrobiłem dla swojej Ojczyzny, zrobiłem coś
naprawdę dobrego i konkretnego. Cieszyła mnie myśl, że moja miłość do Polski
nie ogranicza się tylko do machania szalikiem w czasie meczu reprezentacji, czy
tylko do chodzenia w koszulce z Białym Orłem na piersi. Misja nie trwała długo
bo troszkę mniej jak tydzień, ale wyryła w mej świadomości istotne myśli: warto
ciężko pracować, Polska to jedna z najwspanialszych rzeczy jaka mnie spotkała,
potrafię dać sobie radę. Do dziś te myśli są we mnie i bardzo mi pomagają.
Jednak jak to wszystko wyglądało, od czego się zaczęło i co się wydarzyło w
ukraińskiej wiosce Mielnica opowiem poniżej.
Jest rok 2012, zbliżają się wakacje,
na polu żar się leje z nieba, za oknami słońce operuje bezlitośnie. Człowiek w
pracy powoli zaczyna myśleć o egzotycznych podróżach, gdzie mógłby odpocząć na
plaży przesypując gorący piaseczek z ręki do ręki, cieszyć się palmami, ciepłym
morzem, dobrym jedzeniem no i rzecz jasna niebanalnymi drinkami, bądź też
dobrym winem. Trzeba było jednak pomyśleć nad kierunkiem i przystąpić do
realizacji. Tylko właśnie gdzie tu jechać?!
Wróciłem z pracy. Jak zawsze po
powrocie do domu zjadłem doskonały, przygotowany przez Mamę obiad. Chwilę
porozmawialiśmy jak komu minął dzień. Potem każdy poszedł w swoja stronę. Moja
Mama udała się do swojego pokoju, gdzie zapewne zaczytywała się książkami o
Krakowie, które wprost uwielbia (tego typu lektury nigdy dość). Ja zaś
zniknąłem w moim ukochanym pokoju, który mieści się na piętrze rodzinnego domu.
Zasiadłem przed komputerem i rozpocząłem przegląd prasowy. Dobrze jest wiedzieć
co się wokół nas dzieje, jak to się mówi „co w trawie piszczy”. Na koniec
oczywiście obowiązkowo musiałem przestudiować co się dzieje na forum SRH
Wrzesień 39. Wpisałem login i hasło i zacząłem buszować. Najciekawszy rzecz
jasna był dział imprez. Przeglądam go bardzo skrupulatnie i nagle moim oczom
ukazuje się „WOŁYŃ CMENTARZE OPIEKA 2012”. Wtedy przypomniałem sobie, że
ówczesny strzelec Mariusz Dz. informował nas na jednym ze spotkań o planowanym
wyjeździe na Ukrainę w celu porządkowania polskich grobów. Wszedłem w wątek i
zacząłem czytać. Dowiedziałem się, że pierwszy wyjazd jest niebawem co bardzo
mnie zmartwiło bo wiedziałem, że w mojej pracy z powodu jej specyfiki nie
dostanę urlopu. W temacie o wyjeździe byłem bardzo aktywny. Pisałem o swoich
wielkich chęciach by wziąć udział w wyjeździe, pisałem też o wielkim żalu z
powodu braku możliwości by pojechać w wyznaczonym terminie. Po pewnym czasie w
temacie pojawił się wpis kolegi o pseudonimie „Precel”(jest to kolega z
garnizonu lubelskiego). Napisał do mnie w poście, że nie ma czego się obawiać,
że na pewno będzie drugi termin w okresie wakacyjnym. A to znaczyło z kolei, że
będę mógł jechać. I rzeczywiście pojawił się drugi termin. 26 -29 lipca 2012
wyjazd do Mielnicy. Dla mnie trwało to trochę dłużej z racji tego, że musiałem
dojechać z Krakowa i wrócić do Krakowa. Dla mnie wyjazd zaczął się 25, a
zakończył 30 lipca. Były to jedne z najpiękniejszych dni w moim życiu.
Kiedy już zdeklarowałem się na wyjazd
na stowarzyszeniowym forum, pozostało już tylko odliczenie czasu do godziny
zero. Mijały tygodnie i dni. Codziennie myślałem o upragnionym wyjeździe. W
końcu przyszedł 24 lipca. Z szafy wyjąłem torbę podróżną, do której spakowałem
ubrania, kosmetyki, kubeczek, widelec, łyżeczkę, spiwór i parę innych przedmiotów
niezbędnych do egzystowania pod namiotem w szczerym polu. W tym samym dniu
zdążyłem jeszcze pobiec do kantora gdzie wymieniłem złote na hrywny.
Kiedy 25 lipca rano zadzwonił budzik
nie miałem najmniejszego problemu, żeby wstać z łóżka. Jak to się mówi zerwałem
się na równe nogi i zacząłem szybko się ubierać. Błyskawicznie przyrządziłem
sobie śniadanie i herbatę. Musiałem to zrobić bardzo dyskretnie, cicho,
ponieważ rodzice jeszcze spali, a nie chciałem ich obudzić. Zabrałem torbę i
udałem się w drogę na przystanek, skąd odjeżdżał bus do Krakowa, a tam
następnie miałem przesiadkę do busa jadącego do przepięknego Lublina. Podróż
była nużąca, trwała kilka godzin. Emocje, które odczuwałem w środku były bardzo
duże. Przez cały przejazd myślałem jak to będzie. Jadę na Ukrainę, biednego
kraju, do małej wsi gdzie niekoniecznie muszą lubić Polaków. Jak by tego było
mało, kilka dni wcześniej wyczytałem w internecie, że Mielnica leży pod Kowlem,
miastem którego honorowym obywatelem jest Stiepan Bandera, który jak zakładam większość
osób wie, był legendarnym przywódcą UPA, która to mordowała bezlitośnie Polaków
na Wołyniu. Oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii wręcz specjalizowały się w
okrucieństwie, torturowaniu Polaków. Status, płeć czy wiek nie miały znaczenia.
Zamordować okrutnie trzymiesięczne dziecko czy w podeszłym wieku starca nie
robiło ukraińskim bandytom różnicy. Zdając sobie z tego sprawę zadawałem sobie
w myślach pytanie: Na ile jest żywy duch Bandery w Kowlu i w okolicach,
szczególnie w Mielnicy? Co będzie jeśli miejscowi usłyszą polską mowę? Co
będzie jeśli w nocy będziemy mieli nieoczekiwane
odwiedziny? W podróży towarzyszyło mi jeszcze wiele innych myśli. Pomijając możliwe niebezpieczeństwa, myślałem
jak wielka to będzie przygoda. Spanie pod namiotami, mycie się w strumieniu,
wieczorne ogniska. To wszystko mnie bardzo napawało optymizmem.
Cześć Jerzy! Biorąc pod uwagę historię, relacje polsko-ukraińskie to trudny temat. Niektóre rany zabliźniają się latami. Pielęgnowanie pamięci pi zmarłych pozwala nam Polakom poradzić z ta traumą i budowac poprawne relacje w przyszłości. Sama bralam udział w sprzątaniu cmentarza Łyczakowskiego . Byłam przerażona w jak opłakanym stanie są niektóre groby. Idea takiego wyjazdu jest słuszna.
OdpowiedzUsuńP.S. czy widzialew film "Wołyń" i co o nim sadzisz?
Pozdrawiam
Witam serdecznie,
OdpowiedzUsuńZgadzam się z Tobą w 100 % i przyznam, że o ile jechałem z obawami jak będzie wyglądać "przyjęcie" przez Ukraińców, wracam z bardzo miłymi wspomnieniami. Ludność Mielinicy, szczególnie młodzi mieszkańcy okazali się bardzo życzliwy co opisuje w kolejnych częściach "Misji Ukraina". Uważam również, że pomimo trudnej przyszłości należy budować przyszłość. Wierzę, że jest to możliwe. Sprzątanie grobów to idea piękna i słuszna, cieszę się, że są inni zapaleńcy pielęgnowania pamięci o Polakach na ziemiach utraconych. Co do filmu- wspaniale, że takie dzieło powstało, że ten trudny fragment historii został zekranizowany. Jednak sam obraz mi nie przypadł do gustu. Co mi się nie podobało? Pierwsze 20 minut, gdzie pokazane jest wiejskie wesele, niepotrzebne sceny erotyczne. Mam nadzieję, że takich filmów o trudnej tematyce będzie w naszych kinach coraz więcej.
Pozdrawiam, Jurek
P.S
Przepraszam, że kazałem tak długo czekać na odpowiedź ale pogoda zachęciła mnie na wypad w góry. Polecam ;)
Dzięki za odpowiedź :)
OdpowiedzUsuńWiem z doświadczenia, że młodzi Ukraińcy nie znają historii i nie przejmuję się nią - podobnie jak młodzi Polacy (niestety!).
Z jednej strony to bardzo źle, bo jak już się zgodziliśmy, pamięć należy pielęgnować i postępować tak, by zło z minionych lat nie powróciło. Z drugiej - może właśnie dzięki temu łatwiej im nie skupiać się na wzajemnych animozjach?
Jeśli chodzi o film: wychodzę z (być może naiwnego) założenia, że wykorzystanie erotyki w sztuce ma swoje uzasadnienie. Podobnie ukazanie przemocy. Artysta pragnący stworzyć naturalistyczne dzieło kładzie szczególny nacisk na to co brudne, wulgarne, gwałtowne: czyli po prostu ludzkie. Może taki właśnie był cel reżysera? Skontrastowanie ze sobą namiętności i skrajnego cierpienia?
Zazdroszczę wyjazdu w góry! Pewnie Tatry...
Być może masz rację. Może reżyser filmu miał takie założenie. Ja tłumaczyłem to sobie w ten sposób: Smarzowski uznał, że z filmem chce dotrzeć nie tylko do starszej publiczności ale także i do młodzieży. Aby ją przyciągnąć postanowił wpleść trochę naturalizmu i erotyki. Bardzo możliwe, że się mylę ;P
OdpowiedzUsuńWypad w góry był udany, a odwiedziłem Beskid Makowski.