Rozdział 7
Misja „Ukraina”
| Foto. Karol Banaszak |
Część 2
Trudno mi dziś powiedzieć która była
godzina jak dojechałem do Lublina ale na pewno popołudniowa. Byłem solidnie
zmęczony ale i zafascynowany tym co przede mną w najbliższym tygodniu. Na
dworzec autobusowy jak dobrze pamiętam przyszedł po mnie kolega strzelec Damian,
pseudonim „Lechu”. Razem udaliśmy się do mieszkania gdzie mogłem znaleźć
schronienie, przenocować. Serdeczny kolega z Lublina uraczył mnie dobrym,
ciepłym posiłkiem.
Następnie wziąłem gorący prysznic i udaliśmy się wieczorem
na stare miasto na spotkanie z pozostałymi kolegami z garnizonu Lublin. Byli z
nami jeszcze „Gołąb”, „Napoleon”, „Lechu”, i „Gudi”. Razem stanowiliśmy
doborowe towarzystwo do wspólnej zabawy. Nasz wieczór zaczęliśmy od lokalu
(niestety dziś już nie pamiętam nazwy) z fantastyczną atmosferą przedwojennej
Polski. Meble, stroje kelnerek i muzyka w tle przenosiły nas w ten wspaniały
czas. Piwo smakowało doskonale. W ten wieczór zdążyliśmy jeszcze spotkać kilka
innych osób (nie zawsze związanych z stowarzyszeniem) i odwiedzić kilka
ciekawych miejsc. Lublin nocą tętni życiem i zachęca do delektowania się jego
urokami. Uliczki, bruk, placyki, kamienice, wieża Krakowska i Trynitarska, nie
da się nie zakochać. Na koniec po udanym zwiedzaniu Lubelskich lokali udaliśmy
się jeszcze na tak zwanego „kebsa”. Pani która go nam przyrządzała okazała się
serdeczną koleżanką „Lecha”. Dzięki tym „wtykom” mogliśmy się cieszyć potrójną
ilością mięsa. Zabawa była doskonała, śmiechu niezliczone ilości, piwo i kebab
smakowały nieziemsko, a piękne stare ulice cieszyły oko. Rozwaga kazała jednak
zmierzać do domu, bo rano trzeba było wstać.
Bladym świtem obudziłem się i szybko
wstałem. Zjadłem solidne, bogate śniadanie, wypiłem kawę i udałem się na przystanek
gdzie miałem wsiąść do autobusu. Ten z kolei miał mnie dostarczyć do dworca
głównego. Dojechałem w ustalone miejsce i udałem się na plac Zamkowy gdzie
kazano mi oczekiwać kolegi strzelca Artura. Minęło trochę czasu gdy zobaczyłem
człowieka zmierzającego w moim kierunku. Trzymał on w jednym ręku bagaż, a w
drugim łopatę. Domyślałem się, że to
właśnie Artur (z daleka trudno mi coś zobaczyć bo mam dużą wadę wzroku). Kiedy
podszedł bliżej byłem już pewien, że to on. Przywitaliśmy się serdecznie. Teraz
było już nas dwóch. Od Artura dowiedziałem się, że czekamy jeszcze na kolegę
strzelca Mariusza, a także na człowieka z poza naszego stowarzyszenia-
Andrzeja.
Był to człowiek, również
zafascynowany Polską historią. Szczególnie pasjonowały go militaria, okres
drugiej wojny światowej i losy polskiej kawalerii z tego właśnie okresu.
Andrzej znał również dobrze obyczaje ukraińskie. Wiedział jak na Ukrainie
należy się zachowywać lub nie zachowywać w danej sytuacji, na co można sobie pozwolić,
a kiedy lepiej uważać. Znał język, kulturę i społeczność. Był nie tylko
miłośnikiem Ukrainy, a właściwie dawnych terenów polskich obecnie wchodzących w
skład Ukrainy, ale również był wykształcony w tym zakresie.
Kończąc jednak prezentację postaci
kompana Andrzeja, wróćmy do czasu kiedy z kolegą Arturem staliśmy na placu
zamkowym w Lublinie. Otóż w pewnym momencie zauważyliśmy, że w naszym kierunku
idzie dwóch mężczyzn. Byli to wyczekiwani koledzy. Andrzej i Mariusz. Pomogli
nam zabrać rzeczy, które mieliśmy ze sobą i poszliśmy do samochodu. Ich pomoc
była bezcenna, ponieważ zabrać się z wielkimi tobołami, wałówą i łopatą nie
byłoby łatwo. Doszliśmy do pięknego czarnego Jeepa. Nie pamiętam dziś dobrze
marki, ale wydaje mi się, że był to Jeep Wrangler, który później znakomicie nam
służył na drogach i bezdrożach Ukrainy. Warto przy tym zaznaczyć, że tych
drugich było znaczniej więcej. Kiedy poukładaliśmy wszystkie rzeczy w
samochodzie, wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy ku wschodniej granicy
Rzeczypospolitej. Wtedy zaczęła się nasza prawdziwa przygoda, rozpoczęliśmy
misję „Ukrainę”.
Przez Polskę jechaliśmy bardzo szybko
i przyjemnie. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze by połączyć się z grupą
paramilitarną „Sfora” z Garwolina, a także z grupą rekonstrukcyjną 1 PSK
(Pierwszy Pułk Strzelców Konnych)[1]
również z Garwolina. W sumie jak dobrze pamiętam były to dwa samochody i
dziewięciu bardzo dobrych chłopaków. Na czele oddziału paramilitarnego stał
Michał Sz. Rekonstruktorami dowodził pan Remigiusz. Siedząc w aucie obawiałem
się postoju na granicy z Ukrainą. Nauczony dzięki strefie Schengen, że granicę
przekracza się niepostrzeżenie i odzwyczajony od długich postojów na granicy,
obawiałem się kolejek i wielogodzinnego oczekiwania. Jak się później okazało
Andrzej zorganizował na nasz wyjazd dokumenty dyplomatyczne, które pozwoliły
nam przekroczyć granicę „bezboleśnie”. Pasem dyplomatycznym przejechaliśmy na
Ukrainę szybko i przyjemnie. Wszystko było właściwie formalnością. Czuliśmy się
bardzo ważni, niemalże jak jakiś korpus dyplomatyczny lub coś w tym rodzaju. Z poczuciem dumy i z satysfakcją,
kontynuowaliśmy podróż już na obczyźnie. Po stronie ukraińskiej zatrzymaliśmy
się by wymienić walutę, złotówki na hrywny, ponieważ nie wszyscy to zrobili w
Polsce. Tak naprawdę nie było problemu
by na Ukrainie płacić złotówkami. Korzystając z okazji, rzecz jasna trzeba było
zrobić przerwę na papierosa. Temu wszystkiemu towarzyszyło dużo śmiechu i
radości. Po przerwie wsiedliśmy w samochody i ruszyliśmy do celu. Od granicy
jechaliśmy jeszcze jakieś dwie, może trzy godziny. Ukraina zachwyca widokami.
Zza okien drogich samochodów, którymi jechaliśmy widać było wszechobecną biedę.
Skromne, przeważnie zaniedbane domy[2]
i gospodarstwa, ubogie sklepy, ludzie ubrani bardzo prosto, dziurawy asfalt
postrzępiony po bokach, smutne miasta z pustymi ulicami. Mówiąc kolokwialnie… „inny
świat”. Jednak pejzaże były nie do opisania, zapierające dech w piersiach,
cudowne, naturalne dzieła sztuki, godne pozazdroszczenia, szczególnie jak
przychodziła myśl, że kiedyś to było nasze. Nasze polskie. Ogromne pola, piękne
zielone lasy, ubogie a przepiękne w swej prostocie ogródki. Na mnie zrobiły
największe wrażenie te przestrzenie, ich nieskończoność. Pola na które się
patrzyło; wydawałoby się, że żeby dojść na ich koniec trzeba by było ze dwa
dni. Ukraina mimo, że biedna, to godna
podziwu. Do ukraińskich widoków pozwolę sobie jeszcze kilka razy wrócić,
ponieważ są one naprawdę obłędne i warte uwagi.
Komentarze
Prześlij komentarz