Przejdź do głównej zawartości

Strażnicy Pamięci (28) - z pamiętnika rekonstruktora


Rozdział 7
Misja „Ukraina”
Wieczorna kąpiel. Fot. Autor nieznany.
 Część 3

Jedziemy dżipami dalej. Przemierzamy trasę drogami asfaltowymi, potem im dalej w głąb kraju, jakość nawierzchni pogarsza się. Jedziemy drogą szybkiego ruchu, a za nami zobaczyć można kłęby kurzu. Taka to droga szybkiego ruchu była. W Polsce stacje paliw co kilka kilometrów, dwa pasy i hotele, karczmy zapraszające na przepyszną golonkę. Na Ukrainie jeden pas i mnóstwo kurzu. Kiedy skończył się asfalt, a nawet dziurawa bliżej nie określona nawierzchnia, wjeżdżamy na drogę pełną kolein.
Wówczas zrozumiałem dlaczego pojechaliśmy dżipami, a nie normalnymi osobówkami (ja planowałem jechać moją Laguną, która ma niskie zawieszenie- oj płakałbym!). Późnym popołudniem dojeżdżamy na miejsce. Jak dowiadujemy się od Andrzeja, będziemy stacjonować tuż obok cmentarza, tak by do pracy mieć blisko. Siedząc w samochodzie, obijamy się o siebie, latamy niemalże po całym aucie, takie były koleiny. Koleiny się kończą,  a my jedziemy przez łąkę. Samochody się zatrzymują, wysiadamy, rozprostowujmy kości. Wokół nas duża przestrzeń pełna mleczy, maków, rumianku i wysokich traw. Po prawej duży las z wysokimi drzewami, a po lewej mały zagajnik. Było późne popołudnie i trzeba było przygotować obóz. Rozbić namioty, przygotować miejsce na ognisko, ustalić gdzie będą toalety oraz gdzie będziemy się myć. Na koniec najważniejsze i najprzyjemniejsze zadanie, czyli wciągnięcie flagi Polski na prowizoryczny maszt. Za nim to zrobiliśmy wszystkich nas nurtowało gdzie jest miejsce pracy, gdzie jest cmentarz, który mamy sprzątać? Andrzej spojrzał przed siebie w kierunku zagajniczka i skiną głową w jego kierunku: „No tutaj”.
Powiedział to w taki sposób jak by to było oczywiste. A naszym oczom ukazały się nie tylko drzewa akacji, różnego rodzaju bluszcz ale i masę innej roślinności. Po wejściu w głąb małego lasku można było znaleźć stare porozwalane telewizory, pordzewiały stary rower, poniszczone meble, porozsypywane śmieci. Jak się okazało groby były albo zdewastowane przez ukraińskich rabusiów szukających u polskiej szlachty złotych zębów lub innych kosztowności, albo przysypane dużą warstwą ziemi. Złodzieje by włamać się do środka nie krępowali się by użyć dynamitu. Z opowiadań Polaka[1], który mieszkał w pobliżu a którego losy były dramatyczne, ponieważ wojna i nowa sytuacja geopolityczna, z nowymi granicami rozdzieliły go z rodziną, dowiadujemy się że Ukraińcy nie mieli litości dla zmarłych. Groby były niszczone nie tylko z chęci wzbogacenia się, dzięki kosztownościom polskiej szlachty, ale także z potrzeby wykorzystania materiałów. O co dokładnie chodziło? Otóż ludność ukraińska na polskim cmentarzu wyrzucała z drewnianych trumien trupy na ziemię, a drewno wykorzystywali do montowania ławek do… wiejskiego domu kultury.  Cyna, którą były obite trumny również się przydała. Z tego materiału jeden z wieśniaków ukraińskich zbudował sobie dach. „Pan Bóg nierychliwy ale sprawiedliwy”, to przysłowie idealnie się sprawdza w przypadku wspomnianego wcześniej „budowniczego”, który w pół roku po zamontowaniu dachu zmarł. Rozumiem, że po wojnie była bieda, ale wszystko ma swoje granice.
Ząb czasu też był bezlitosny. Deszcze, wiatry, równie okrutnie przyczyniły się do upadku tego małego ale jakże pięknego cmentarza. Wiele z tych zdewastowanych grobów, były również spenetrowane przez okoliczne czworonogi, które w grobowcach poszukiwały kości. Znajdując takowe wywlekały je na zewnątrz. Potem my zbieraliśmy te ludzkie szczątki i pakowaliśmy do worków by potem pochować w miejscu ku temu przeznaczonym. Z tego co wiem, Andrzej poprosił znajomego księdza by przyjechał na miejsce i odprawił modlitwę za zmarłych z tego cmentarza. Tak właśnie zastaliśmy tę nekropolię. Widok poniszczonych, poprzewracanych grobów, przykrytych warstwą śmieci różnego rodzaju był wyjątkowo smutny i przygnębiający.
W końcu zapadł wieczór. Zmęczeni podróżą i rozemocjonowani pierwszymi wrażeniami, po rozbiciu obozowiska, rozpaliliśmy ognisko. Napiliśmy się dobrego piwa, zjedliśmy kiełbasy i położyliśmy się spać. Posłanie w namiocie było miękkie i wygodne. Odpoczynek był nam bardzo potrzebny. Za parę godzin mieliśmy przystąpić do ciężkiej pracy.
I rzeczywiście pobudka z samego rana. Zjedliśmy szybkie śniadanie i napiliśmy się herbaty. Po krótkiej po śniadaniowej pogawędce zabraliśmy się do roboty. Ubrani w dresy lub spodnie moro, bez koszulek zaczęliśmy karczować akacjowy las. Żar się lał z nieba tak więc koszulki absolutnie nie były nam potrzebne. Popołudniem zebrał się już pierwszy stos drewna do spalenia. Tempo mieliśmy fantastyczne, zupełnie jak by nie było 30 kilku stopni, a my nie robiliśmy nic wymagającego wysiłku. Szliśmy jak burza. Nie zauważyliśmy jak wybiła pora obiadu. Na sygnał, że jest do zjedzenia ciepły posiłek natychmiast udaliśmy się w miejsce gdzie rozdawali „michę”. Obiad kupowaliśmy w jadłodajni w miejscowości Hołoby. Andrzej jechał po obiad, który panie kucharki mu pakowały do specjalnych opakowań. Następnie przywoził i rozdawał porcje. Po obiedzie był obowiązkowy odpoczynek. Można było sobie pospać, poczytać książkę, pospacerować, napić się zimnego, pysznego ukraińskiego piwka, kto co wolał. Po krótkim odpoczynku przychodził czas dalszej pracy. O ile rano byliśmy zwarci i chętni do pracy, teraz tylko poczucie obowiązku i świadomość uciekającego czasu zmusiły nas do powrotu do swoich zadań. Skąd ta nagła zmiana? Otóż panowała bardzo wysoka temperatura trzydzieści kilka stopni (lato było wyjątkowo upalne), jak by tego było mało stosy akacji trzeba było zlikwidować. Najprostszym sposobem było spalenie. Tak więc upał lał się nam prosto z firmamentu, a potęgowało to ognisko, które było sporych rozmiarów. Po zakończonej pracy, która zazwyczaj kończyła się w okolicach godziny dziewiętnastej, najpóźniej dwudziestej, jechaliśmy samochodami wykąpać się. Z racji tego, że panowały warunki polowe, kąpiel odbywała się w cudownym, lodowatym źródle, które znajdowało się kawałek od obozowiska. Aby tam się dostać jeździliśmy dżipami. Pokonując niewielki dystans słuchaliśmy piosenki Black Strobe – „Im a man”. Z czasem ta piosenka stała się hymnem wyjazdu. Mocne brzmienie wpędzało nas w dobry nastrój. Dojechaliśmy na miejsce, wysiedliśmy z samochodów i podeszliśmy do małego drewnianego mostku. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że będziemy się kąpać w kanale melioracyjnym. Od pana Remigiusza otrzymaliśmy prostą instrukcję:
„Panowie kąpiel jak kąpiel. Zeskakujecie z mostu do kanału, moczycie się a następnie mydlicie. Potem spłukujecie z siebie mydło i gotowe. Nie zapomnieć tylko, żeby cały czas ruszać nogami, bo inaczej jak będziecie stać w miejscu to przyczepią się do Was pijawki”.


[1] Był to Polak, który przynosił nam swoje ziemniaki, grzyby które sam zebrał. Był dla nas bardzo dobry i widać było, że potrzebował naszego towarzystwa, polskiego towarzystwa. Co dzień, przyjeżdżał do nas na swoim starym rowerze, by z nami pomówić, porozmawiać, po prostu być z nami. Jak się okazało jego siostra po wojnie została w Polsce. Nigdy po wojnie jej nie widział, granica im na to nie pozwalała. Z relacji chłopaków z SRH Wrzesień 39, garnizon lubelski, wiem że Andrzej pomógł mu i doprowadził do spotkania rodzeństwa.

Komentarze

  1. Oj tak, Black Strobe słucham do tej pory... Wyjazd był mega udany. Kuba W.

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba każdy kto był i wraca wspomnieniami do tamtych dni słucha Black Strobe ;) Pisząc już całkiem serio, wyjazd zaliczam do jednych z najlepszych jakich byłem. Pozdrawiam serdecznie, Jurek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurde że mnie akurat na tej przejażdzce jeepem nie bylo :( - Michał Sz. Pozdro , fajnie sie czyta wspomnienia ;)

      Usuń
  3. Pamiętam , że woda była tak lodowata że krzyki z zimna było slychać z daleka :D M.Sz

    OdpowiedzUsuń
  4. Cieszę się, że podobają się wspomnienia. Fajnie jest wrócić do tamtych dni. Woda nie tylko była lodowata ale też pyszna. Nie wiem czy pamiętasz ale jeździliśmy tam z baniakami i czerpaliśmy wodę stamtąd do picia. To było życie! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzięki za kolejny wpis o Ukrainie! :)

    Mam pytanie z innej beczki: co z Projektem Muzeum? Będziesz jeszcze nagrywać?

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak, oczywiście. Przerwa wynika z przyczyn osobistych. Niestety jak w to w życiu bywa zawirowania życiowe przesunęły "Projekt Muzeum" na drugi plan. Kolejny odcinek już jest nagrany i niebawem powinien trawić na nasz kanał. Spokojnie "Projekt Muzeum" się nie skończył.

    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

Najchętniej czytane

Z TikToka do podręcznika. Moje sposoby na lekcje, które wygrywają z ekranem smartfona.

         W dzisiejszych czasach przeprowadzenie lekcji jest nie lada wyzwaniem. Młodzież potrzebuje silnych bodźców i dynamiki. Spędzając dużo czasu przed ekranem, oglądając szybkie, krótkie rolki na TikToku czy Instagramie, uczniowie szybko się nudzą, a praca z podręcznikiem staje się coraz mniej efektywna. By wyjść naprzeciw ich potrzebom, trzeba wykazać się dużą pomysłowością, aby uatrakcyjnić zajęcia. Chciałbym podzielić się z Wami moimi sposobami na to, by lekcja stała się ciekawsza.      Prezentowane metody wykorzystuję na historii w klasach 4–8. Pierwszą z nich są „laptopy historyczne”. To nazwa robocza, ale doskonale oddaje sedno zadania. Uczniowie bardzo je lubią i nieraz zaskoczyli mnie swoją inwencją. Praca wygląda następująco: uczniowie łączą się w 3-, 4- lub 5-osobowe grupy. Tworzą one tzw. redakcje i budują własny komputer. Za obudowę służy przyniesiona przez nich tekturowa teczka, do której ja dołączam wydrukowaną klawiaturę. Wierzc...

Strzeż się! Nadchodzi Siuda Baba!

      Obecnie w całej Polsce przeżywamy czas wielkiego tygodnia. Z tym okresem jest związanych wiele tradycji Wielkanocnych. Niektóre są znane w całym kraju, jak na przykład: tworzenie gałązek ozdobionych baziami, bibułą które zanosimy do kościoła w Niedziele Palmową, malowanie jajek, przygotowanie koszyczków wielkanocnych, niedzielne nabożeństwo upamiętniające Zmartwychwstanie, czy lany poniedziałek.      Są też i takie tradycje które są celebrowane tylko w niektórych częściach kraju albo tylko i wyłącznie w jednym regionie. Taką tradycją jest lednicka Siuda Baba. Według legendy na terenach dzisiejszej Lednicy Górnej, w czasach przed chrześcijańskich znajdowała się świątynia bogini Ledy. W jej wnętrzu palił się wieczny ogień, który nie miał prawa zgasnąć. Nad jego paleniem czuwała kapłanka, która pełniła roczną służbę. Raz do roku mogła opuścić świątynię, by znaleźć swoją zastępczynię. Złapana młoda dziewczyna mogła się wykupić. Jeśli nie było jej sta...

Strażnicy Pamięci (3) - z pamiętnika rekonstruktora

Rozdział 2 (cz. 1) Jak się znalazłem w rekonstrukcyjnym świecie?  Święto Pułkowe 20 PPZK, organizowane przez Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznej "Wrzesień 39"         Za oknem leje deszcz. Praca magisterska nie wiadomo dlaczego nie chce sama się pisać. W domu jest Mama, która rozwiązuje swoje ulubione krzyżówki, raz po raz zaglądając do telewizora, patrząc co się dzieje w świecie. Tata pisze kolejną pracę naukową, lub poprawia egzaminy studentów. Pewnie ściągali, bo Tata nie wydaje się być zbyt zadowolony.

Popularne posty z tego bloga

Z TikToka do podręcznika. Moje sposoby na lekcje, które wygrywają z ekranem smartfona.

         W dzisiejszych czasach przeprowadzenie lekcji jest nie lada wyzwaniem. Młodzież potrzebuje silnych bodźców i dynamiki. Spędzając dużo czasu przed ekranem, oglądając szybkie, krótkie rolki na TikToku czy Instagramie, uczniowie szybko się nudzą, a praca z podręcznikiem staje się coraz mniej efektywna. By wyjść naprzeciw ich potrzebom, trzeba wykazać się dużą pomysłowością, aby uatrakcyjnić zajęcia. Chciałbym podzielić się z Wami moimi sposobami na to, by lekcja stała się ciekawsza.      Prezentowane metody wykorzystuję na historii w klasach 4–8. Pierwszą z nich są „laptopy historyczne”. To nazwa robocza, ale doskonale oddaje sedno zadania. Uczniowie bardzo je lubią i nieraz zaskoczyli mnie swoją inwencją. Praca wygląda następująco: uczniowie łączą się w 3-, 4- lub 5-osobowe grupy. Tworzą one tzw. redakcje i budują własny komputer. Za obudowę służy przyniesiona przez nich tekturowa teczka, do której ja dołączam wydrukowaną klawiaturę. Wierzc...

Otwarcie sezonu górskiego: Pcim - Kudłacze - Łysina - Lubomir 904 m

Sezon chodzenia po górach mogę uznać za otwarty! W środę 25 IV wraz z Żoną odwiedziliśmy Beskid Makowski. Piękna pogoda, cisza i spokój na szlaku dały nam dużo radości i pozwoliły podładować baterie. Jakie były wrażenia oraz co możemy Wam doradzić znajdziecie w tekście poniżej. A że lubię konkrety to (mam nadzieję) będzie krótko i zwięźle ale oczywiście na temat. Zaczynajmy! Drogie Panie i Panowie... przed Państwem Lubogoszcz (968m) Na samym początku pragnę napisać jedną ważną rzecz: mieszkańcy Pcimia to niezwykle przyjaźni ludzie. Bardzo serdeczni, otwarci i mili. Najpierw kierowca busa nam pomachał, ot tak. Potem z uśmiechem na twarzy zagadał nas jeden mieszkaniec: "czy nie wracamy za wcześnie"? A była już godzina 16, więc żart bardzo nam się spodobał. Potem inny starszy miły Pan zapytał skąd to wracamy. Zaczął nam opowiadać o Beskidzie Makowskim. Naprawdę jestem pod wrażeniem życzliwości. Pcimianie i Pcimianki tak trzymać!!!

Strażnicy Pamięci (32) - z pamiętnika rekonstruktora

  Rozdział 8 Niezwykłe spotkania Zdjęcie pobrano z: http://www.program7.pl/spotkanie-z-kpt-konstantym-kopfem-zolnierzem-nsz/   Część 2 Kapitan Konstanty Kopf              Inną również bardzo ciekawą postacią jaką miałem przyjemność poznać to „Żołnierz Wyklęty” - kapitan Konstanty Kopf, pseudonim „Pewny”. Pan kapitan urodził się na Rzeszowszczyźnie. Wojna w 1939 roku zastała go w domu, szybko zgłosił się jako ochotnik do obrony kraju.