Rozdział 7
Misja „Ukraina”
| Wieczorna kąpiel. Fot. Autor nieznany. |
Część 3
Jedziemy dżipami dalej. Przemierzamy
trasę drogami asfaltowymi, potem im dalej w głąb kraju, jakość nawierzchni pogarsza
się. Jedziemy drogą szybkiego ruchu, a za nami zobaczyć można kłęby kurzu.
Taka to droga szybkiego ruchu była. W Polsce stacje paliw co kilka kilometrów,
dwa pasy i hotele, karczmy zapraszające na przepyszną golonkę. Na Ukrainie
jeden pas i mnóstwo kurzu. Kiedy skończył się asfalt, a nawet dziurawa bliżej
nie określona nawierzchnia, wjeżdżamy na drogę pełną kolein.
Wówczas
zrozumiałem dlaczego pojechaliśmy dżipami, a nie normalnymi osobówkami (ja
planowałem jechać moją Laguną, która ma niskie zawieszenie- oj płakałbym!).
Późnym popołudniem dojeżdżamy na miejsce. Jak dowiadujemy się od Andrzeja,
będziemy stacjonować tuż obok cmentarza, tak by do pracy mieć blisko. Siedząc w
samochodzie, obijamy się o siebie, latamy niemalże po całym aucie, takie były
koleiny. Koleiny się kończą, a my
jedziemy przez łąkę. Samochody się zatrzymują, wysiadamy, rozprostowujmy kości.
Wokół nas duża przestrzeń pełna mleczy, maków, rumianku i wysokich traw. Po
prawej duży las z wysokimi drzewami, a po lewej mały zagajnik. Było późne
popołudnie i trzeba było przygotować obóz. Rozbić namioty, przygotować miejsce
na ognisko, ustalić gdzie będą toalety oraz gdzie będziemy się myć. Na koniec
najważniejsze i najprzyjemniejsze zadanie, czyli wciągnięcie flagi Polski na
prowizoryczny maszt. Za nim to zrobiliśmy wszystkich nas nurtowało gdzie jest
miejsce pracy, gdzie jest cmentarz, który mamy sprzątać? Andrzej spojrzał przed
siebie w kierunku zagajniczka i skiną głową w jego kierunku: „No tutaj”.
Powiedział to w taki sposób jak by to
było oczywiste. A naszym oczom ukazały się nie tylko drzewa akacji, różnego
rodzaju bluszcz ale i masę innej roślinności. Po wejściu w głąb małego lasku
można było znaleźć stare porozwalane telewizory, pordzewiały stary rower,
poniszczone meble, porozsypywane śmieci. Jak się okazało groby były albo
zdewastowane przez ukraińskich rabusiów szukających u polskiej szlachty złotych
zębów lub innych kosztowności, albo przysypane dużą warstwą ziemi. Złodzieje by
włamać się do środka nie krępowali się by użyć dynamitu. Z opowiadań Polaka[1],
który mieszkał w pobliżu a którego losy były dramatyczne, ponieważ wojna i nowa
sytuacja geopolityczna, z nowymi granicami rozdzieliły go z rodziną,
dowiadujemy się że Ukraińcy nie mieli litości dla zmarłych. Groby były niszczone
nie tylko z chęci wzbogacenia się, dzięki kosztownościom polskiej szlachty, ale
także z potrzeby wykorzystania materiałów. O co dokładnie chodziło? Otóż
ludność ukraińska na polskim cmentarzu wyrzucała z drewnianych trumien trupy na
ziemię, a drewno wykorzystywali do montowania ławek do… wiejskiego domu
kultury. Cyna, którą były obite trumny
również się przydała. Z tego materiału jeden z wieśniaków ukraińskich zbudował
sobie dach. „Pan Bóg nierychliwy ale sprawiedliwy”, to przysłowie idealnie się
sprawdza w przypadku wspomnianego wcześniej „budowniczego”, który w pół roku po
zamontowaniu dachu zmarł. Rozumiem, że po wojnie była bieda, ale wszystko ma
swoje granice.
Ząb czasu też był bezlitosny. Deszcze,
wiatry, równie okrutnie przyczyniły się do upadku tego małego ale jakże
pięknego cmentarza. Wiele z tych zdewastowanych grobów, były również
spenetrowane przez okoliczne czworonogi, które w grobowcach poszukiwały kości.
Znajdując takowe wywlekały je na zewnątrz. Potem my zbieraliśmy te ludzkie
szczątki i pakowaliśmy do worków by potem pochować w miejscu ku temu
przeznaczonym. Z tego co wiem, Andrzej poprosił znajomego księdza by przyjechał
na miejsce i odprawił modlitwę za zmarłych z tego cmentarza. Tak właśnie
zastaliśmy tę nekropolię. Widok poniszczonych, poprzewracanych grobów,
przykrytych warstwą śmieci różnego rodzaju był wyjątkowo smutny i
przygnębiający.
W końcu zapadł wieczór. Zmęczeni
podróżą i rozemocjonowani pierwszymi wrażeniami, po rozbiciu obozowiska,
rozpaliliśmy ognisko. Napiliśmy się dobrego piwa, zjedliśmy kiełbasy i
położyliśmy się spać. Posłanie w namiocie było miękkie i wygodne. Odpoczynek
był nam bardzo potrzebny. Za parę godzin mieliśmy przystąpić do ciężkiej pracy.
I rzeczywiście pobudka z samego rana.
Zjedliśmy szybkie śniadanie i napiliśmy się herbaty. Po krótkiej po śniadaniowej
pogawędce zabraliśmy się do roboty. Ubrani w dresy lub spodnie moro, bez
koszulek zaczęliśmy karczować akacjowy las. Żar się lał z nieba tak więc koszulki
absolutnie nie były nam potrzebne. Popołudniem zebrał się już pierwszy stos
drewna do spalenia. Tempo mieliśmy fantastyczne, zupełnie jak by nie było 30
kilku stopni, a my nie robiliśmy nic wymagającego wysiłku. Szliśmy jak burza.
Nie zauważyliśmy jak wybiła pora obiadu. Na sygnał, że jest do zjedzenia ciepły
posiłek natychmiast udaliśmy się w miejsce gdzie rozdawali „michę”. Obiad
kupowaliśmy w jadłodajni w miejscowości Hołoby. Andrzej jechał po obiad, który
panie kucharki mu pakowały do specjalnych opakowań. Następnie przywoził i
rozdawał porcje. Po obiedzie był obowiązkowy odpoczynek. Można było sobie
pospać, poczytać książkę, pospacerować, napić się zimnego, pysznego
ukraińskiego piwka, kto co wolał. Po krótkim odpoczynku przychodził czas
dalszej pracy. O ile rano byliśmy zwarci i chętni do pracy, teraz tylko
poczucie obowiązku i świadomość uciekającego czasu zmusiły nas do powrotu do
swoich zadań. Skąd ta nagła zmiana? Otóż panowała bardzo wysoka temperatura
trzydzieści kilka stopni (lato było wyjątkowo upalne), jak by tego było mało
stosy akacji trzeba było zlikwidować. Najprostszym sposobem było spalenie. Tak
więc upał lał się nam prosto z firmamentu, a potęgowało to ognisko, które było
sporych rozmiarów. Po zakończonej pracy, która zazwyczaj kończyła się w
okolicach godziny dziewiętnastej, najpóźniej dwudziestej, jechaliśmy
samochodami wykąpać się. Z racji tego, że panowały warunki polowe, kąpiel
odbywała się w cudownym, lodowatym źródle, które znajdowało się kawałek od
obozowiska. Aby tam się dostać jeździliśmy dżipami. Pokonując niewielki dystans
słuchaliśmy piosenki Black Strobe – „Im a man”. Z czasem ta piosenka stała się
hymnem wyjazdu. Mocne brzmienie wpędzało nas w dobry nastrój. Dojechaliśmy na
miejsce, wysiedliśmy z samochodów i podeszliśmy do małego drewnianego mostku.
Na miejscu dowiedzieliśmy się, że będziemy się kąpać w kanale melioracyjnym. Od
pana Remigiusza otrzymaliśmy prostą instrukcję:
„Panowie kąpiel jak kąpiel. Zeskakujecie z mostu do kanału,
moczycie się a następnie mydlicie. Potem spłukujecie z siebie mydło i gotowe.
Nie zapomnieć tylko, żeby cały czas ruszać nogami, bo inaczej jak będziecie
stać w miejscu to przyczepią się do Was pijawki”.
[1] Był to
Polak, który przynosił nam swoje ziemniaki, grzyby które sam zebrał. Był dla
nas bardzo dobry i widać było, że potrzebował naszego towarzystwa, polskiego
towarzystwa. Co dzień, przyjeżdżał do nas na swoim starym rowerze, by z nami
pomówić, porozmawiać, po prostu być z nami. Jak się okazało jego siostra po
wojnie została w Polsce. Nigdy po wojnie jej nie widział, granica im na to nie
pozwalała. Z relacji chłopaków z SRH Wrzesień 39, garnizon lubelski, wiem że
Andrzej pomógł mu i doprowadził do spotkania rodzeństwa.
Oj tak, Black Strobe słucham do tej pory... Wyjazd był mega udany. Kuba W.
OdpowiedzUsuńChyba każdy kto był i wraca wspomnieniami do tamtych dni słucha Black Strobe ;) Pisząc już całkiem serio, wyjazd zaliczam do jednych z najlepszych jakich byłem. Pozdrawiam serdecznie, Jurek.
OdpowiedzUsuńKurde że mnie akurat na tej przejażdzce jeepem nie bylo :( - Michał Sz. Pozdro , fajnie sie czyta wspomnienia ;)
UsuńPamiętam , że woda była tak lodowata że krzyki z zimna było slychać z daleka :D M.Sz
OdpowiedzUsuńCieszę się, że podobają się wspomnienia. Fajnie jest wrócić do tamtych dni. Woda nie tylko była lodowata ale też pyszna. Nie wiem czy pamiętasz ale jeździliśmy tam z baniakami i czerpaliśmy wodę stamtąd do picia. To było życie! :)
OdpowiedzUsuńDzięki za kolejny wpis o Ukrainie! :)
OdpowiedzUsuńMam pytanie z innej beczki: co z Projektem Muzeum? Będziesz jeszcze nagrywać?
Tak, oczywiście. Przerwa wynika z przyczyn osobistych. Niestety jak w to w życiu bywa zawirowania życiowe przesunęły "Projekt Muzeum" na drugi plan. Kolejny odcinek już jest nagrany i niebawem powinien trawić na nasz kanał. Spokojnie "Projekt Muzeum" się nie skończył.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie :)