Rozdział 7
Misja „Ukraina”
![]() |
| Cmentarz w Mielnicy. Zdjęcie pobrano z:http://twojglos-garwolin.pl/ps-15933-pamietaja-o-polskich-cmentarzach-na-wolyniu/ |
Część 4
Z początku wziąłem do za dobry żart pana Remigiusza. Jak się
później okazało nie był to dowcip. On sam jako pierwszy wskoczył do kanału i
zaczął maszerować w miejscu. Wszyscy, spragnieni chłodzącej po ciężkim dniu
pracy kąpieli wskakiwali do kanału nie bacząc na paskudne pijawki, które
mogłyby się przyssać. Nie była to może kąpiel relaksacyjna ale przyniosła
człowiekowi wielką ulgę, a o to właśnie chodziło. Wskoczyłem do wody, myjąc się
przebierałem nogami i udało się, że nic nie złapałem, a właściwie nic nie
złapało mnie.
Lubię przygody, nie przeszkadzają mi ciężkie warunki ale pijawki?
O nie! Nigdy w życiu. Na następny dzień po ciężkiej pracy przy ścinaniu i
paleniu drzew, ponownie udaliśmy się do kąpieli. Ja jednak tym razem
zrezygnowałem z kanału. Udałem się parę metrów dalej gdzie biło źródło z
lodowatą wodą. Wlałem wodę do wiadra i chlusnąłem na siebie. Pobudzenie
pierwsza klasa. Następnie namydliłem się żelem pod prysznic i powtórzyłem
zabieg. Lodowata, zimna, krystalicznie czysta woda, dawała niesamowite
orzeźwienie i stawiała na nogi w mgnieniu oka. Nie ma lepszego uczucia jak
wtedy kiedy weźmie się kąpiel w szczerym polu, przy źródle, po ciężkiej, dobrze
wykonanej pracy. Aż chce się żyć. Warto też zaznaczyć, że z owego źródła
piliśmy wodę. W ciągu dnia podjeżdżaliśmy z pięciolitrowymi baniakami i
uzupełnialiśmy je pod korek. To była najpyszniejsza woda jaką w życiu piłem.
Prosto ze źródła, zimna, zdrowa bo naturalna, gasiła pragnienie jak żadna
mineralna w sklepie. I tu ponownie pojawia się wątek przepięknych krajobrazów.
Źródło otoczone drewnianym płotkiem, zaraz obok stała maleńka ławeczka, gdzie
mogła usiąść jedna osoba. Zaraz przy niej stary blaszany kubeczek, który służył
każdemu podróżnemu, który potrzebował ugasić pragnienie. Po wypiciu każdy
obmywał naczynie i odstawiał je na miejsce. Żadnej sterylności, obawy o
zarazki, żadnych norm i wymogów Unii Europejskiej. Po prostu- chciałeś się
napić to się napij, tylko zostaw porządek po sobie dla innych. Gdy się siadło
na wspomnianej ławeczce można było słuchać szumku bijącego źródełka i oglądać
lasy, pola i piękne niebieskie niebo, soczystą zieleń traw i liści na drzewach.
Wśród złocistych zbóż stała stara, prześliczna biała kapliczka z zaokrąglonym
dachem. Dach uwieńczony krzyżem. Coś po prostu przepięknego. Niewielka, mała
,lekko nadgryziona przez ząb czasu, z wielkim wdziękiem i urokiem, budowla
cieszyła oko. Nie trzeba jechać do Włoch czy do Grecji by takie rarytasy
oglądać. Człowiek po ciężkiej pracy, po szarpaninie z chaszczami naprawdę
odpoczywał w ciszy, z pięknymi widokami, z prześliczną przyrodą. W takim
miejscu można było wypoczywać. Ja te okoliczności wykorzystałem na rozmowę z
Bogiem. Rozmowy z czasem okazały się bardzo owocne.
Wracając do samej misji „Ukraina”. Po
dobrze wykonanej pracy, każdy marzy o wypoczynku i rozrywce. Tym bardziej jak
się jest bardzo młodą osobą. W trakcie pracy nie brakowało dyskusji i
propozycji co można byłoby zrobić wieczorem. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na
wypad do miejscowej ukraińskiej dyskoteki. Dziś po latach przyznam szczerze: zdecydowałem
się na ten wyjazd, ponieważ chęć zabawy i przeżycia czegoś ciekawego było
większe niż lęk przed ukraińskimi sympatykami miejscowych dyskotek. Tym
bardziej, że alternatywą było pozostanie w obozie i siedzenie w namiocie
jeszcze z jedną osobą, która miałaby pilnować obozu. Mało atrakcyjne. Jednak
przed samym wyjazdem modliłem się prosząc Chrystusa by nas miał w opiece. By
nie pozwolił by któremuś z nas stała się krzywda. W końcu Ukraińcy z małej,
malutkiej wsi słysząc język polski kojarzący się im nie najlepiej, mogliby
chcieć nas pobić – tak mi się wówczas wydawało. Po alkoholu różnie bywa. Pan
Bóg jednak nie pozostał obojętny na moje wołania. Bawiliśmy się fantastycznie.
Ruszyliśmy do Hołob do dyskoteki w dwa samochody. Podjechaliśmy na miejsce i
wchodzimy na imprezę. Wykąpani, umyci, z wymodelowanymi włosami, ubrani w piękne
koszule znanych marek, wyperfumowani Chanelami lub Yves Saint Laurent wyglądaliśmy
niczym gwiazdy z ekranu telewizji. Skąd to porównanie i moja śmiałość by tak
napisać? Otóż kiedy wychodziliśmy schodami do góry, zmierzając do dyskoteki wyszła
nam naprzeciwko piękna młoda Ukrainka. Jej reakcja na nasz widok mocno nas podbudowała
i ucieszyła. Kiedy nas zauważyła, zrobiła wielkie, okrągłe oczy, uśmiechnęła
się szeroko i zaczęła się wachlować swoimi delikatnymi dłońmi wykrzykując:
„Ojoj joj, to shcho prekrasni khloptsi” (czyt. Ojoj joj to szto prekrasnji
hlopcj), co można przetłumaczyć- „jacy prześliczni chłopcy” lub „jakie piękne
chłopaki”. Kiedy troszkę już ochłonęła wbiegła z powrotem do dyskoteki i
poleciała do swych koleżanek. My zajęliśmy miejsca przy stoliku, a część
naszych prześlicznych chłopaków poszła do baru po piwo i wódkę. W środku lokalu
oprócz przeuroczych Ukrainek znajdowali się młodzi Ukraińcy. Bawiliśmy się
znakomicie, rozmawialiśmy o postępach w pracy przy sprzątaniu cmentarza,
Andrzej opowiadał nam o kulturze i obyczajach ukraińskich. W końcu do naszego
stolika podeszły Ukrainki. Zaczęły się tańce i rozmowy. Było głośno, wesoło i
sympatycznie. Od czasu do czasu, wychodziliśmy na zewnątrz by zapalić
papierosa. Po jednej z takich przerw na papierosa kolega wrócił blady i
przejęty. Poinformował nas, że na zewnątrz kiedy palił papierosa, miejscowi
wieśniacy wołali do niego krzycząc: „eee pajac”. Szykowaliśmy się na najgorsze.
W końcu nie byli po pierwszym kieliszku 40 % alkoholu, a po za tym mogli być
zazdrośni o „swoje” dziewczyny. Po chwili namysłu kolega z SRH porwał butelkę
wódki ze stołu i zawołał zmierzając do drzwi wyjściowych: „zaraz wracam”. Po
kilkunastu minutach wrócił z naszymi nowymi kolegami, uśmiechnięty i bardzo
zadowolony z nowych znajomości. Co się okazało, „pajac” w ich slangu nie był
obraźliwy, a miał znacznie „kolego”, „nieznajomy przyjacielu”. O tym nawet
zdaje się nie wiedział nasz przewodnik po Ukrainie, Andrzej. Z nowymi kolegami
bawiliśmy się rewelacyjnie. Śmiechy, żarty, wznoszenie toastów, tańce. Zabawa
trwała w najlepsze. Raz dźwięk stukającego się szkła był sygnałem, że pijemy za
zdrowie kolegów Ukrainy, drugi raz za nasze zdrowie, raz za przyjaciół z
Polski, drugi raz za przyjaciół z Ukrainy. Imprezowaliśmy długo, zastało nas
poranne słońce kiedy wychodziliśmy z dyskoteki. Andrej bo tak miał na imię
jeden z chłopaków z dyskoteki wymienił się z kolegami z Garwolina adresem
email. On ubrany w dres i buty Nike, podobnie jak jego pozostali kumple
ćwiczyli king boxing. Do dziś bardzo się cieszę, że się polubiliśmy. Żarty,
żartami, ale byli naprawdę w porządku. Oni stawiali nam wszelakie napoje w
barze i my im również. Poznaliśmy ich opinie na temat życia na Ukrainie, my
podzieliliśmy się swoimi odczuciami z życia w Polsce. Nie mogło się obejść bez
rozmów o sporcie. Zabawa była super. Po wspaniałej imprezie trzeba było wracać
do obozu. Była w końcu 6:30 rano. Wróciliśmy do obozu o 7 i poszliśmy wszyscy
spać. Ja jako jedyny wstałem o godzinie 9 i zabrałem się do pracy. Sam ścinałem
drzewa i chaszcze, wykopywałem nagrobki i wynosiłem drewno na kupę do spalenia.
Koledzy zebrali się jakieś 2 godziny później. Od samego rana panowały doskonałe
humory, śmialiśmy się i wspominaliśmy ukraińską dyskotekę. Dzień wyglądał jak
każdy inny, po południu obiad, po obiedzie książka, w cieniu piwko, lub spacer-
kto co wolał i na co miał ochotę. Po odpoczynku znów walka z akacjami i
śmieciami, i tak do wieczora. W trakcie pracy lubiłem sobie zrobić 10 minut
przerwy siąść na trawie i oglądać morze zbóż. Złocisty kolor rozciągał się po
horyzont. Był to niesamowity widok. Naprawdę wyglądało to jak morze, tyle że
złocistego koloru. Ogrom tego był niesamowity. Mam nadzieję, że będę miał jeszcze
kiedyś okazję zobaczyć ten przedsionek Edenu. Nigdy wcześniej nie
powiedziałbym, że step może być tak pochłaniający.

Komentarze
Prześlij komentarz